POWIEŚĆ, KTÓRA KILKA LAT CZEKAŁA NA WYDANIE.


Powieść, która kilka lat czekała na wydanie.

 
 

Jeden wydawca zawiódł. Nigdy tej powieści nie wydał. Nie chcę pisać jaki to wydawca. Bo nie ma  sensu. Stało się. Prawie przebolałam ten fakt, fakt zamrożenia książki na kilka lat. Podobnie rzecz się ma z dwoma innymi tytułami, ale jeszcze trochę i te pozycje o końcu odzyskam. A co do tej powieści to… Sporo zmieniłam, dopisałam i „odświeżyłam” Ważne że mogę ją w końcu wydać.

 Ongiś – „Westchnienie Amandy” a od kilku dni „ POZNAĆ PRAWDĘ. Jeszcze nigdy nie miałam takiego problemu z tytułem powieści. A dlaczego akurat „Poznać prawdę?” Bo bohaterowie muszą zmierzyć się z prawdą, bo czasem poznawanie siebie, poprzez cierpienie innych bywa – moim zdaniem- najwyrazistsze. Bo jak zareagują, i na ile ich będzie stać w imię przyjaźni? Czy miłości? Czy mowa tu o poświęceniu? Nie. Mowa tu o prawdziwej przyjaźni. Powieść, w której zbyt idealistycznie, zbyt euforycznie podchodzę do wiary w dar przyjaźni… { Wiem, że tak – niestety – się nie dzieję. Nie zawsze położymy na szalę nasze „ja” w imię przyjaźni. Egoizm, czy lęk? A może jedno i drugie?} A może mylę się? Przecież mam to szczęście mieć od 40 lat prawdziwego przyjaciela, nawet dwóch, więc dlaczego wątpię? No cóż, być może miałam i mam naprawdę szczęście. A moi bohaterowie, jak odnajdą się w sytuacji problemów dwóch młodych dziewczyn, dwóch ich przyjaciółek? Czy słuszne jest powiedzenie, że „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie? Usiłuję { dość bajeczno – poetycko} odpowiedzieć na to pytanie na kartach tej powieści. Bo wierzę, że wystarczy tylko CHCIEĆ, by móc…pomóc. A tak mniej więcej będzie wyglądać okładka. Może napisy będą większe i nieco inne. A kiedy się pojawi? Wkrótce, taką mam nadzieję.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Kolejna niespodzianka- OSZUKANA- fragmenty


Obszerne fragmenty OSZUKANA – powieść ciesząca się dobrymi recenzjami.

 
Zamknięta w ramach

 

Oprawiłam w ramki każdą chwilę,
którą z tobą spędziłam.
Oprawiłam każdą sekundę szczęścia,
która się w nas rodziła.

Oprawiłam każdą łzę radości,
zatrzymałam wspomnieniem…
Na błękicie ściany obrazy – marzenie.
Oprawiłam w ramki i twój wesoły śmiech.

Zatrzymałam jego echo w mej duszy gdzieś na dnie.
Zatrzymałam i w ramy włożyłam,
muśnięcie twoich ust, a smak ukryłam w kuli,
niech tęczą błyśnie znów.

Oprawiłam w ramki dłonie,
co miłość mi dawały i czule po mym ciele
w swym tańcu wędrowały.
Zatrzymałam ciepło serca.

Zatrzymałam słowa twe,
że jestem wyjątkowa, lecz…
To przeszłość nasza jest…

Na ścianach mego domu,
w błękicie blasku dnia i w srebrze gwiazd na niebie
wciąż w ramach życia trwam.

Ja jestem tylko cieniem,
wspomnieniem z wnętrza ram.
Zamknięta w świecie marzeń…
Miłości szukam bram.

Uwięziona przez gorycz,
czasu obecnego wciąż szukam i szukam… …
tego jedynego…

winnego.

POWIEŚĆ -fragment ten- JEST KOPIĄ z pliku PDF autorskiego.

Prolog
 2013 rok. Listopad
Urodziłam się w pewien styczniowy wieczór, w roku 1969. W tamtych czasach zimy były okrutne. Ta również taka była. Mróz skuł ziemię lodem i zmroził powietrze. Tak samo uczynił to potem z moim życiem  –  z otaczającym mnie światem  –  oraz moimi emocjami. Upłynęło od tego czasu wiele lat, a jeszcze więcej łez. Moich łez. Nikt i nic nie zwróci mi mojej przeszłości, ani nie da nadziei na inną przyszłość. Zabito ją wraz z wiarą, ale nikomu nie udało się unicestwić w moim sercu miłości. On i ja… Przyszłość, bez wspólnej przyszłości? Zadaję sobie często to pytanie, choć zdarzają się też inne. Czy tylko przeszłość musi mi dziś wystarczyć? Po prostu wspomnienia? Nasze rozmowy? I nic więcej? To czas, ten władca ludzi, ujawni mi tę tajemnicę. Bo póki co nic nie wiem…
Właśnie dlatego postanowiłam spisać nasze dzieje, naszą miłość, tak pełną sekretów i tajemnic. To one spowodowały wszelkie zawirowania. Pragnę zapisać każdy dzień, ale wiem, że to się nie uda, bo nie uchwycę każdego uśmiechu, każdej szczęśliwej minuty spędzonej z Marcinem, ani nie przeleję na papier mojego żalu do tych, którzy moim zdaniem przyczynili się do naszej rozłąki. Ale też wiem, że muszę nauczyć się w końcu wybaczać. Tylko czy będę potrafiła? Podnosi mnie na duchu jedna myśl: Amor Vincit Omnia – Miłość zwycięża wszystko… Choć wciąż dręczy mnie pytanie: czy dane mi będzie za jakiś czas poznać odpowiedzi na pytania, które zadaję sobie od lat, do chwili obecnej? Kto ponosi winę za nasze rozstanie? My? Moja rodzina? Czy po prostu  nie było nam pisane być razem? A może wszystko razem? I czy nasze uczucie mimo wszystko ma jakąś przyszłość? Jeśli tak to, jaka ona będzie? Czasie, och czasie, zdradź mi ten sekret, proszę. I bądź nam łaskaw…

ROZDZIAŁ I

Bez sekretów. I wspomnienia mają wady. Lato 2010 rok.

Rankiem szykowałam się do pracy. W drzwiach zatrzymał mnie dźwięk telefonu. Serce od razu podeszło mi do gardła. Miałam przeczucie. Wiedziałam, kto dzwoni. Nerwowo sięgnęłam do torebki. Telefon wciąż dzwonił, wibrował. Drżącymi rękoma szukałam go w czarnej, przepastnej torebce. Znalazłam, nie musiałam patrzeć na wyświetlacz komórki. Domyślałam się czyj głos usłyszę za sekundę. Zawahałam się i dosłownie w ostatniej chwili odebrałam:
– Słucham? – zająknęłam się, przeczuwając przebieg rozmowy.
– Dziecko, kiedy przyjeżdżasz do kraju? – Słowa mamy zabrzmiały stanowczo. Jej głos od lat był taki sam; suchy i wyniosły.
– Nie wiem jeszcze. Nie mam urlopu…
– Ty zawsze się wykręcasz. Tym razem musisz przyjechać. Tato zachorował. Czekamy na ciebie w niedzielę. W poniedziałek odwozimy ojca do szpitala – mama wcale mnie nie słuchała. Wydaje tylko polecenia.
– Ale mamo…
– Jak nie, to nie… Poradzimy sobie z twoją siostrą. Wiedziałam – westchnęła. – Na ciebie nie można liczyć – nie ukrywała swoich emocji. Odniosłam wrażenie, że jakby mogła, to uderzyłaby mnie w tej chwili. Nie po raz pierwszy zresztą.
– Dobrze. Przyjadę. A co stało się tacie? No i ty, mamo, jak się czujesz? – zapytałam nieśmiało.
– A jak mam się czuć? Głupie pytanie. A tato? Jak zawsze, udaje. Wiesz, jaki z niego hipochondryk – wciąż brzmiała wrogo.
Nie zdążyłam niczego więcej się dowiedzieć. Po jej krótkim: „do zobaczenia” rozłączyła się. W sumie, czego się spodziewałam? Przecież zawsze byłam tą gorszą z czworga rodzeństwa. Czy naprawdę nie zasługiwałam nawet na zwykłe: „Córko, co u ciebie?” Głos mamy nawet teraz brzmiał mi w uszach. Niemiły, wrogi i bez krzty uczucia. Było mi przykro. Nie miałam sił nacisnąć klamki. Czułam, że się duszę. Ewidentnie brakowało mi powietrza. Oparłam głowę o drzwi, przez co włosy przesłoniły mi twarz. Spłynęły kaskadą i ukryły także moje łzy. Musiałam zebrać się w sobie. Nie stać mnie było na spóźnienie. Szef był stanowczy i sam funkcjonował, jak szwajcarski zegarek. Nie wiem, ile czasu upłynęło. Pięć, dziesięć minut, jak zdołałam otrząsnąć się po tej rozmowie. Wiele przeszłam i wycierpiałam w swoim życiu głównie przez mamę. Ale myślałam, że udało mi się w końcu wybaczyć. Nie tylko zresztą jej, siostrze i ojcu także. Ale teraz odniosłam wrażenie, że chyba się pomyliłam. Tego, co mi uczynili nie można wybaczyć, ani tym bardziej zapomnieć. Zdałam sobie w końcu sprawę z tego, że za każdym razem głos matki, czy ojca, uruchamia we mnie lawinę wspomnień. Wiedziałam jednak, że muszę z tym żyć i walczyć z własnymi emocjami. Czasem wieczorami, gdy dom wydawał się taki cichy, gdy nikt nic ode mnie nie chciał, wkraczałam na bardzo niebezpieczne tereny. Tam w labiryncie zdarzeń wikłałam się w kolejną porcję bólu. Wspomnienia raniły, ale bywało, że pośród łez odnalazłam te chwile, w których czułam się szczęśliwa. To były ulotne chwile, ale jednak już wtedy potrafiłam docenić ich znaczenie. Nie wiedziałam tylko, że po latach staną się jedyną osłodą dla minionego czasu. Na dworze deszcz obmywał chodniki, płynął strugami ulic miasta. Miasta, w którym odnalazłam spokój i potrafiłam w końcu, po tylu latach tułaczki, stworzyć własny dom. Nie było więcej czasu na rozmyślania. Wsiadłam do czerwonego opla, kupionego po pierwszym roku mojej pracy. To miasto, ten kraj, ci ludzie, stali się dla mnie drugą ojczyzną. Tu nie musiałam przed nikim mieć sekretów. Ale też nikt o nic mnie nie pytał. To ja z czasem zapragnęłam mówić. Do wszystkiego trzeba dojrzeć, także i do tego, by móc chcieć opowiedzieć o swoim życiu. Lata tułaczki, wędrówki po świecie również znacząco wpłynęły na mój rozwój. Na moje postrzeganie nie tylko siebie, ale i ludzi. Kilka lat temu zawędrowałam razem z moimi dziećmi do Holandii. Wcześniej mieszkałam przez siedem lat w Irlandii. Tamten czas, tamte lata były pasmem ciągłej nauki. Nie tylko języka. A dziś tu, w tym kraju, w Holandii, potrafiłam odnaleźć się znacznie szybciej. Czasami myślałam o sobie jak o wędrowcu-tułaczu. Czego szukałam na świecie? Domu? Przyjaźni? Miłości? Myślę, że wszystkiego po trochu. Teraz, gdy od kilku lat mieszkałam z dziećmi w Haarlem, w Holandii, wiedziałam i czułam, że odnalazłam swoje miejsce na Ziemi. Miałam przyjaciół. Ludzi pragnących mnie wspierać, zwłaszcza wtedy, gdy tego potrzebowałam najbardziej. Paradoks. Stąpałam po obcej ziemi. Mówiono do mnie w innym języku niż mój własny ojczysty, ale wiedziałam, że nie tylko ja rozumiem, ale jestem również rozumiana. I to w każdym, nawet w tym niewypowiedzianym
słowie. Bo w moim domu nikt nie był w stanie pojąć tego, co mówię. Po prostu, nikt mnie nie słuchał, tylko ja musiałam to robić. I być posłuszna. Być może uogólniam, ale wciąż tkwi we mnie poczucie doznanej krzywdy. Auto ruszyło z impetem. Po pół godzinie wchodziłam szybkim krokiem do biura. Moje obawy były płonne, gdyż przywitano mnie z uśmiechem. Mimo łez skrytych pod powiekami i pod czernią rzęs, odwzajemniłam go.
Wieczór…
Salon wypełniony regałami pełnymi książek, będącymi niemal na każdej z kremowych ścian, ułożonymi według tematyki, był moją oazą. To tu schowana pod pledem, siedząca na moim pluszowym fotelu, wtulona w niego niczym w ramiona misia, mogłam nie tylko czytać, ale przede wszystkim rozmyślać. Czasem odnosiłam wrażenie, że jest nas dwie. Iwona, która jest zdyscyplinowana, silna, sumienna i ta, która jak dziś płacze w poduszkę. Poduszkę, którą właśnie poprawiłam. Miękka, zielona, kontrastująca z brązem fotela stanowiła nieodzowny element kremowego pledu. W mieszkaniu nie było zimno, choć za oknem szalał w najlepsze październik, ale ja czułam przeszywający chłód. Drżałam. Dotknęłam policzka. Otarłam jedną zagubioną łzę. I to właśnie byłam ja, ta druga…I  chyba ta, najprawdziwsza. Słaba. Przecież nie mogłam sama przed sobą mieć sekretów, udawać. Znałam siebie. Wiedziałam, jakie konsekwencje, w mój tylko pozornie uporządkowany świat emocji, wniesie telefon od mamy. Wiedziałam to już rano. A teraz mogłam jedynie spróbować wszystko raz jeszcze sobie wytłumaczyć. Choć wiedziałam też, że każde tłumaczenie, będzie tylko formą usprawiedliwień moich bliskich. Tak bardzo pragnęłam im wybaczyć i zrozumieć. Ale pomimo upływu lat, nie mogłam. Skazali mnie i Marcina na rozłąkę. Na wieczną tułaczkę po świecie pragnień i nadziei. Nic nie mogło być realne. Wszystko musiało pozostać jedynie w sferze naszych marzeń. Naszych snów. Ja i on. Ja w jego ramionach. Jego usta na moich. Znajoma fala znów wpłynęła w moje ciało. Nie, nie, stanowczo nie. Nie wolno mi nawet marzyć. To boli, to zakazane. A jednak przegrywam. Poddaję się i wybucham płaczem. Mam ochotę nie tylko krzyczeć, ale drzeć się na całe gardło. Jedno słowo ciśnie mi się na usta. Usta, które teraz drżą: „Dlaczego?”. Pytanie to wciąż pozostaje bez odpowiedzi. I wiedziałam, że tak właśnie będzie. Że jeszcze nie dziś, nie teraz, nie poznam jej. Może kiedyś? Pomyślałam, sięgając pod pled i wyciągając z kieszeni szarej bluzy kolejną chusteczkę. Stolik był już ich pełen. Leżały w bezładzie, tak jak moje myśli, jak moje emocje. Nic nie jestem w stanie uporządkować dopóki nie poznam prawdy. Przecież mówi się: „Prawda wyzwala”. Ale bałam i boję się, że ta PRAWDA, może mnie tylko bardziej dobić…
Za oknem zapadł zmierzch. Moje dzieciaki już dawno wróciły: córki Kasia i Patrycja z pracy, a Patryk, który studiował kulturoznawstwo, z wykładów’. Byłam dumną mamą. Wiedziałam, że mogę liczyć na moje dzieci. One także zdawały sobie sprawę, że ja ich nie zawiodę. Stanowiliśmy nierozłączny kwartet przez wszystkie lata tułaczki.
– Mamo już jestem! – Patrycja wbiegła do salonu, jak zwykle uśmiechnięta. Spojrzałam na moją piękną, dorosłą córkę i wyciągnęłam rękę. Uchwyciła ją, po czym kucnęła obok fotela. Dotknęłam jej kruczoczarnych włosów i spojrzałam w brązowe oczy, a przechylając głowę na bok, spytałam:
– Jak było w pracy, kochanie? Usiadła obok na podłodze. Oparła głowę o oparcie i, jakby niepomna mojego pytania, badawczo zaczęła mi się przyglądać.
– Znów płakałaś? Co miałam odpowiedzieć? Nie mogłam przecież skłamać.
– Tak, kochanie, ale to nic. Już jest dobrze. – Usiłowałam się uśmiechnąć. Skończyło się tylko na grymasie. – Mamuś, przecież widzę, że nic nie jest dobrze. Znów się zadręczasz. Moja córka nie pytała. Stwierdzała jedynie fakt. Tak, bezsprzecznie, zadręczałam się. A może to nie ja byłam temu winna? Może to wspomnienia, jak te kolce tkwiące latami w moim sercu, ciele i duszy musiałam w końcu wyciągać, jedno po drugim? I to właśnie powodowało mój stan odrętwienia i ciągłego pogrążania się w bezdennym cierpieniu? Już sama nie wiedziałam. Wiedziałam jedynie to, że nie chcę martwić teraz, ani w żadnej innej chwili mojego dziecka. Na mojej twarzy pojawił się uśmiech, ale myślę, że był on bardziej pełen goryczy niż zadowolenia. Skryłam go, zasłaniając usta dłonią i nic nie odpowiedziałam.
– Mamusiu. Obiecałaś, że to koniec sekretów. Koniec tajemnic. Nawet tych, co tkwią w umyśle.– Drążyła córka. Miałam wrażenie, że w jej głosie pojawiły się nutki żalu. Musiałam w końcu coś odpowiedzieć.
– Tak, masz rację – uśmiechnęłam się w miarę autentycznie i, ocierając łzy, podniosłam z fotela. Patrycja podążyła za mną. Właśnie wtedy do pokoju weszła moja druga córka i syn.
– Coś nas ominęło? – spytała Kasia. Jej kasztanowe włosy, otulające drobną twarz, zawędrowały na ramię w chwili, gdy bacznym wzrokiem, przechylając głowę usiłowała rozszyfrować przygnębiającą ciszę w pokoju. Patryk również nie spuszczał ze mnie wzroku.
– Nic wielkiego. Znów miałam chwilę słabości – odparłam, zbliżając się do stojących nadal w progu dzieci. – Ale już wszystko dobrze – dodałam całując każde z nich i od razu spytałam.
– Macie ochotę coś zjeść? Czy jedliście na mieście?
– Tak, już jedliśmy. – Kasia objęła mnie czule i wyszeptała wprost do ucha.
– Kocham cię, mamusiu.
– Ja ciebie też, dziecko. Ja też. – Chwilkę tak stałyśmy przytulone do siebie, między salonem a holem. Stałyśmy jakby na progu czasu, między tym, co było jeszcze pięć minut temu, a tym, co niebawem się wydarzy. Między starym a nowym czasem. A zegar tykał. Tylko żadne z nas nie wiedziało, co przyniesie nam kolejna godzina, ba! nawet minuta. Mimo zapewnień dzieci, prawie już dorosłych młodych ludzi, że nie są głodni, naszykowałam przekąskę. Pełna improwizacja. Sałatka z pomidorów, a do tego chrupkie pieczywo i gorąca herbata malinowa stały się posiłkiem dla nas wszystkich. A gdy za oknem księżyc przetaczał się po granacie nieba, leżeliśmy już w łóżkach. Moje jak zawsze, jak od lat, było samotne. Samotne jak ja. I puste. Bo tylko w snach mogłam być z tym, który od tak wielu lat zajmował moje myśli i serce. Marcin. To imię pulsowało w mojej głowie, niczym tętno, a umysł odtwarzał
obrazy z przeszłości. Znów mogłam tulić się do niego. Czuć zapach ciała. I słuchać głosu, słów, które ongiś były dla mnie jak świeży powiew wiatru. I tak, co noc, od lat. Tylko w sennych marzeniach byliśmy ja i on. I tylko tam.

Historia nie zawsze zatacza koło
Oława, 1987 r. Moje dziś i moje wczoraj, cd…

Od wydarzeń i rozmowy z mamą, z pamiętnego poranka, minęły dwa tygodnie… Pojechałam do domu. Każdy ze spędzonych tam dni, był istną udręką. Nie tylko ze względu na panującą atmosferę, ale również dlatego, że z potężną siłą wróciły wspomnienia. Zawsze tak jest. Dlatego nie mogę wracać w rodzinne strony, choćby tylko na cztery dni. Były to bardzo długie cztery dni. Tato, Staszek, został przeze mnie, mamę i siostrę, odwieziony do szpitala. I tak jak mama przewidywała, jego pobyt został skrócony do wizyty na izbie przyjęć. Wykonano mu serię badań i nie dopatrzono się żadnych kłopotów z sercem. Kiedy siedziałyśmy w trójkę na poczekalni, mama, Irena, swoim wrogim i lekko zachrypniętym głosem, stwierdziła. – Miałam rację. Stary dureń udaje. Żadna z nas nie podchwyciła tematu. Co w sumie mogłyśmy powiedzieć? Że tato po drugim zawale serca stał się przeczulony na punkcie własnego zdrowia? Tak, właśnie taki się stał. Zresztą w skrytości ducha wcale mu się nie dziwiłam. Ale póki co siedziałam wraz z nimi na korytarzu i czekałam na ostateczną decyzję lekarzy. A ta, wedle słów mamy, również była do przewidzenia. Pod wieczór wracaliśmy już w czwórkę. Tato się nie odzywał. Wpatrzony w krajobraz za oknem, mruczał coś pod nosem. Mama utyskiwała, jak zawsze zresztą, na wszystko; ogólnie na życie, na ojca, nas, dzieci, na to, że Burek ujada za głośno, że wiatr wieje akurat nie w tę stronę, co trzeba. Narzekała po prostu na wszystko. Ula, moja siostra, również milczała. Prowadziłam samochód, musiałam skoncentrować się na tej czynności, ale było mi trudno. Znajome obrazy, drzewa, domy i wspomnienia.
Pamiętam dzień, w którym postanowiłam wyprowadzić się z domu. Z tego jakże mi nieprzychylnego świata; ludzi i sytuacji. I tak, podejmując tą desperacką decyzję, trafiłam do Oławy. W sumie opuszczałam dom, nie jak złodziej, po cichu, ale tak jak uznałam to za słuszne. Po śniadaniu poinformowałam rodziców o mojej decyzji. Spojrzeli na mnie jak na wroga. Na twarzy mamy pojawił się cierpki uśmiech, a z ust popłynęły słowa.
– Rób, co chcesz. Ale nie licz już na nas, skoro uważasz się za dorosłą. Ale wiedz, że jesteś niezaradna. Latami chroniłam cię przed złem tego świata. I jestem więcej niż pewna, że nie dasz sobie rady ani w szkole, ani wśród ludzi… – nagle wstała spojrzała na mnie z taką nienawiścią, że mnie zmroziło. A z jej wąskich ust, nieco pobladłych, wydobyły się słowa. Słowa, które na lata unicestwiły moje poczucie lojalności, względem niej a nawet ojca. Bo ten, gdy one padły nic nie powiedział. Wzruszył jedynie ramionami, wstał od stołu i zwyczajnie wyszedł. A słowa mamy odbiły się echem od lekko przybrudzonych ścian kuchni.
– W takim razie – zmrużyła oczy. – Wolna droga. Nic tu po tobie…
Zamarłam. Siedziałam, jak sparaliżowana. Nie tego się spodziewałam. Właściwie, czego? Sama do dziś tego nie wiem. Ale na pewno nie takich słów oczekiwałam od kobiety, która niespełna siedemnaście lat wcześniej trzęsła się nad kruszynką, siedmiomiesięcznym wcześniakiem, któremu jakiś żołnierz oddał swoją krew, aby mógł przeżyć. A tamtego dnia bezceremonialnie wyrzuciła mnie z domu. Nie tak chciałam odejść. Nie tak…
Poczułam chłód wędrujący po plecach. Fala zimna ogarnęła moje ciało. I to nakazało mi powrót do dzisiejszych czasów.

– Mamo, zamknij okno, proszę. – Spojrzałam we wsteczne lusterko.
– Nie. Ojcu duszno – znów ten sam ton. Nieprzejednany. Wrogi. Już nic nie powiedziałam.
Za kolejnym zakrętem była droga wiodąca do domu. Domu, w którym się wychowałam. W którym wraz z braćmi i siostrami dorastałam, i w którym nigdy tak naprawdę nic dobrego mnie nie spotkało. Podobnie jak dziś. Wciąż oczekiwano ode mnie czegoś, czego nie mogłam im dać. Nawet w sumie nie wiedziałam, o co chodzi moim rodzicom. Wciąż czułam się jak na cenzurowanym. Więcej zakazów i nakazów niż miłości. Nikt ze mną nie rozmawiał, niczego tak naprawdę nie tłumaczył. Żądano ode mnie bezwarunkowego posłuszeństwa. I tylko ode mnie. Moje rodzeństwo miało więcej swobody i wolności. A ja dostosowałam się do reżimu. Zresztą, jaką inną miałam alternatywę? Żadną. Potem mijały lata,  wyjechałam i zaczęłam żyć po swojemu. I dobrze potrafiłam pokierować swoim losem. W końcu udowodniłam im, że nie jestem taką nieudacznicą, za jaką mnie uważali. Zwłaszcza mama. Wspierałam materialnie rodziców, i to od lat, ale nie było we mnie nic, co powinno łączyć dziecko z matką, czy ojcem. Tak jak nie było tego w nich, moich rodzicach. Miłości. Miłości, którą odnalazłam właśnie w Oławie. Tam, chodząc do szkoły, ucząc się i jednocześnie pracując, otoczyłam się wspaniałymi młodymi ludźmi. Zostałam zaakceptowana. Choć nie od razu, ale jednak. Poznałam tam dziewczynę, moją rówieśniczkę, Alinkę. Miłą, sympatyczną, o jasnych, lekko kręconych włosach i drobnej figurze. Alina i ja stanowiłyśmy nierozłączny duet. Wszędzie razem chodziłyśmy a jej dom był taki, jaki zawsze pragnęłam mieć. Rodzice, choć również nie należeli do najbogatszych, podobnie, jak moi, okazali się skromnymi, i pełnymi ciepła ludźmi. Otaczali miłością nie tylko swoją córkę i syna, ale i mnie. I tak, choć niespodziewanie, dane mi było zaznać tego, o czym marzy każde dziecko; akceptacji, miłości i zrozumienia. Szkoda tylko, że tego nie doświadczyłam od moich bliskich. Ponad rok nie jeździłam do rodzinnego domu. Nie miałam, po co. Przez ten czas usiłowałam zrozumieć i wybaczyć rodzicom. Miałam wrażenie, że mimo wszystko jestem im coś dłużna, dlatego zaczęłam pomagać finansowo. Ciężko pracowałam na każdy grosz i dlatego mogłam sobie na to pozwolić. Gdy minął kolejny rok, odważyłam się ich odwiedzić…
I do dziś, od tamtego czasu, nic tak naprawdę się nie zmieniło. Wjeżdżaliśmy na teren posesji. Mama i tato poszli do siebie, jak zwykle kłócąc się po drodze. A ja i siostra udałyśmy się do kuchni. Kuchni, która oprócz tego, że miała inny kolor ścian i zasłon, nic się nie zmieniła. Pozostała taka sama. Przytłaczająca wielkością i bezdusznością wydzierającą z każdego kąta.
– Oni się już nie zmienią – doszedł mnie głos siostry, gdy wstawiałam wodę na kawę. Nic nie odparłam, przytaknęłam jedynie głową. I tak minęły dwa kolejne dni. Na pustce wokół mnie…

Dziś, gdy moje dzieciaki pojechały na wakacje, Patrycja i Kasia ze znajomymi do Włoch, a Patryk na turnus rehabilitacyjny, mogłam w pełni swobodnie oddawać się rozmyślaniom, ale nie tylko. Wspominaniu również. Bo i ja miałam urlop. Urlop niezaplanowany, ale jednak bardzo mi potrzebny. Znów był wieczór, a ja tradycyjnie siedziałam w swoim fotelu otoczona chusteczkami, tak na wszelki wypadek. Ale ku mojemu zdziwieniu, myśli powiodły mnie pięknymi ścieżkami wspomnień…

Lipiec 1988 roku.

Słońce górowało nad miastem. Wszędzie dało się odczuć unoszący się znad rzeki zapach. Ale nie była to niemiła woń. Wręcz przeciwnie. Śpiew ptaków, szum wiatru wypełniał każdy milimetr przestrzeni. To było wyjątkowe lato, jedno z najpiękniejszych w moim życiu. To było właśnie to lato, w którym poznałam Marcina. Razem z moją przyjaciółką, rozkoszowałyśmy się wolnym czasem. W końcu miałyśmy wakacje.
– Wieczorem idziemy do kina – zakomunikowała Alina. – Mam już bilety – jej uśmiech mnie rozbroił i mimo, że już miałam zaoponować, zgodziłam się. I nie dlatego nie chciałam się zgodzić, że miałam inne plany, ale przede wszystkim dlatego, że to ona znów fundowała kolejny seans. Chciałam się w końcu zrewanżować za to wszystko co ona i jej rodzice, mi dawali. Ale póki co nie stać mnie było nawet na tę formę rewanżu. W ogóle Alina była, i nadal jest, wspaniałą towarzyszką i przyjaciółką. Do dziś. Co prawda nasze drogi rozeszły się, i to lata temu, ale odnalazłyśmy się poprzez portal społecznościowy. Ale to już inna historia… Ale wtedy wiedziała, że oszczędzam. Że niemal każdy grosz odkładam dla rodziców. Obie pracowałyśmy i uczyłyśmy się, ale to ja zazwyczaj nie miałam pieniędzy. Choć początki były inne. Szalałam z radości, gdy za pierwszą pensję mogłam sobie kupić sukienkę, czy pantofelki. Nie mówiąc już o jakiejś fiolce perfum. To był istny szał. Potem nadeszło opamiętanie. Przecież wiedziałam jak bardzo ciężko jest moim rodzicom. „Nieraz brakuje im na chleb, a ja wydaję pieniądze na kolejną torebkę” myślałam, wkładając banknot za banknotem do mojej szkatułki, w której uzbierała się już całkiem przyzwoita suma. Pamiętam, jak byłam z siebie dumna, gdy nadawałam ją na poczcie, wpisując nazwisko mamy, jako odbiorcy. Czułam się dorosła i odpowiedzialna. Czyli dokładnie taka, za jaką nie uważali mnie rodzice, a nawet rodzeństwo.
– Laska! Nad czym dumasz? – Alina szturchnęła mnie w ramię. Zmuszając niejako do powrotu do tu i teraz…Obie rozłożone pod wielkim dębem, na brązowym kocu, szukałyśmy pod nim odrobiny cienia. Z nieba lał się niemiłosierny żar.
– O czym dumam? Oj, tak sobie… W sumie o niczym – odparłam, przeciągając się. – Na jaki idziemy film? – spytałam, chcąc odwieść ją od dalszego zadawania pytań. Udało się.
– O miłości, nie inaczej. Tylko takie filmy lubię. – Z piersi Alinki wydobyło się ciche westchnienie.
Miałyśmy skończone osiemnaście lat, a to był „najwyższy czas na to, aby się zakochać”, jak ona to mówiła. Wypowiedziała je pewnego wieczoru, kilka tygodni wcześniej, gdy wracałyśmy ze spaceru. Minęli nas wówczas dwaj szalenie przystojni mężczyźni. Jeden o oczach jak heban, a drugi jak bezkres nieba. Ale mnie urzekł jedynie ten pierwszy. Jego spojrzenie utkwiło mi głęboko w pamięci, lecz jego uśmiech jeszcze głębiej. Był tak niespotykany, tak inny, że choć odganiałam ten obraz, on wracał. I gdzieś w głębi duszy marzyłam o tym, aby znów go spotkać. A w tym wypadku czas pokazał mi, a wręcz udowodnił, że warto czasem marzyć…
– Alina pamiętasz tych chłopaków z parku? Było to wtedy, gdy wracałyśmy ze spaceru – uniosłam się na łokciach, popatrzyłam wyczekująco na przyjaciółkę.
– A co mam nie pamiętać? Przecież, że tak. Ten blondyn był oszałamiający. Ale tobie, jak sądzę, wpadł w oko ten drugi. Z oczami, jak gorąca czekolada – zaśmiała się. A ja zarumieniona odparłam.
– Tak, ale jaka jest szansa, że ich znów spotkamy? – Jak trafienie szóstki w totka – Alina wstała. Przeciągnęła się i zaraz dodała.
– Ale jak będziemy tu dłużej siedzieć i chować się w hotelu robotniczym to wierz mi, szansa znacznie zmaleje… Prędzej trafimy szóstkę – wtrąciła, wciąż będąc ubawioną, a kucając wyjęła napój. Teraz i ja poczułam pragnienie.
Po godzinie zaczęłyśmy się powoli zbierać do domu. Mieszkałyśmy w hotelu, opłaty były niewielkie a i do pracy miałyśmy blisko. Do szkoły niestety dalej. Tę drogę pokonywałyśmy pociągiem. Każda z nas po jej ukończeniu miała uzyskać zawód technika ekonomii. Zaoczne studium ekonomiczne w soboty i niedziele, i praca w tygodniu, skrzętnie wypełniały nam dni. Dlatego zazwyczaj wracałyśmy zbyt zmęczone, aby myśleć o przyjemnościach, choćby o pójściu na dyskotekę. Ale latem, podczas wakacji, a tym bardziej, gdy miałyśmy obie urlop, mogłyśmy zacząć marzyć. Marzyć o spotkaniu swojego księcia z bajki. Mojego miałam wrażenie, że już spotkałam. A czas miał mi uzmysłowić i ukazać prawdę słów: „i żyli długo i szczęśliwie”. Czy zawsze wszystkie bajki tak się kończą? Ale póki co szykowałyśmy się do wyjścia. Był wieczór. Lato kwitło pełnią barw, jak my, młodością. Film okazał się być kinowym hitem. Spłakane, jak przysłowiowy bóbr, trzymając w garści pęk jednorazowych chusteczek, wychodziłyśmy z kina. – Jejku, co za miłość – wzdychała Alina.
– Myślałam, że już się nie pogodzą – mój głos drżał. Pociągnęłam nosem. Otarłam łzy i po chwili naciągnęłam czerwony sweter na kremową sukienkę na ramiączkach. Robiło się chłodno. Przyjaciółka ubrana w dżinsy i wełniany czarny sweterek nie drżała z zimna jak ja. A może to były emocje? Wtedy się nad tym nie zastanawiałam. Dziś wiem, że było to jedno i drugie. I, że moja podświadomość wyczuła zbliżającą się ku mnie, i to wielkimi krokami, miłość. Właśnie skręciłyśmy w małą uliczkę. Dzieliło nas od hotelu pracowniczego dosłownie kilkanaście metrów, gdy za naszymi plecami rozległ się ujmujący męski głos.
– Dziewczyny! Poczekajcie! Pierwsza odwróciłam się i zamarłam. Przede mną, jak z pod ziemi, wyłaniała się postać wysokiego ciemnookiego mężczyzny, a na jego twarzy pojawiał się ten sam znajomy uśmiech. Ten z parku. Stanął przede mną. Spojrzał prosto w oczy, jakby chciał przejrzeć mnie na wylot i szepnął ale tak, aby te słowa zabrzmiały tylko w moich uszach.
– Uśmiechnij się piękna. Nigdy nie jest tak źle, aby nie mogło być gorzej. I nigdy nie będzie tak źle, aby nie mogło być lepiej. Jeśli już czujesz, że masz dno pod nogami; Odbij się – jego wzrok świdrował mnie na wylot.
A w mojej głowie kołatały się myśli: „Skąd on to wie? Skąd wie, co przeżywam?”
– Mam na imię Marcin… A tam – wskazał ręką za siebie – wlecze się mój przyjaciel Kamil.
– Jestem Iwona – wyjąkałam i powiodłam wzrokiem z jego ręką.
Dopiero teraz dostrzegłam rosłego, szczupłego blondyna o oczach jak bezchmurne niebo. Zerknęłam na Alinę. Tym razem to ona wrosła w ziemię. Musiałam wyglądać podobnie. Obie jak posągi, wmurowane w chodnik, mogłyśmy jedynie ruszać oczami. Moje nogi, moje ciało, nadal było odrętwiałe ze zdziwienia.
– Szukaliście nas? Zapamiętaliście z parku? – spytałam nieśmiało.
– I tak i nie – Marcin był nie tylko tajemniczy, ale wyraźnie rozbawiony. Ujął moją rękę.
– Są oczy, których się nie zapomina – szepnął. – Są twarze, które ożywają za każdym razem pod powiekami. To obrazy, z którymi człowiek chce się budzić i zasypiać. Taki obraz utkwił mi w głowie. Twój obraz. – Spojrzał na mnie tak, że ciarki przeszły mi po plecakach. Jakby mnie mrówki oblazły, ale było to nad wyraz miłe doznanie. Nowe i całkiem nieznane uczucie podniecenia. Wzdrygnęłam się i byłam tak zaskoczona, że zanim zdołałam coś z siebie wydukać, ponownie zabrzmiał jego głos.
– Idziemy do kawiarenki – on nie pytał. On stwierdzał fakt.
– Zabieramy was na kawę i ciacho.
Alina poruszyła się, ja w końcu też i, choć nie znałyśmy naszych towarzyszy, to nie wiedzieć czemu, zaufałyśmy im od razu. Przynajmniej ja. A czas miał mi, jak zwykle zresztą, udowodnić, czy miałam rację tak postępując. Ten wieczór należał do najwspanialszych, a ja nie mogłam oderwać oczu od Marcina. On ode mnie też. Przyciągaliśmy się jak magnesy. I tak moja miłość otrzymała imię, a brzmiało ono Marcin. Staliśmy się parą. Alina i Kamil również sprawiali wrażenie nierozłącznych. I choć my obie nadal pracowałyśmy i uczyłyśmy się razem, to nasze drogi lekko się rozeszły. Ponieważ każda z nas przeżywała swoją pierwszą miłość. I każdą wolną minutę spędzałyśmy ze swoimi mężczyznami. Ale bywało i tak, że czasem spotykaliśmy się w czwórkę, aby zwyczajnie, jak to młodzi, powygłupiać się, poszaleć. Chodziliśmy do kina, czasem organizowaliśmy wypad do dyskoteki, ale Marcin szybko zauważył, że ja tego nie lubię. Ten hałas, ten gwar i ogrom popychających się nawzajem ludzi, nie był tym, czego oczekiwałam. Pragnęłam ciszy i spokoju. Więc niejako automatycznie, odizolowaliśmy się od Alinki i Kamila. I byliśmy tylko we dwoje, z czasem już nie tylko w dzień, ale i w nocy. I ta pierwsza noc, gdy jego usta dotknęły moich. Gdy nieśmiała, speszona, a nawet zlękniona wyszeptałam: „Tak”. To był niezapomniany wieczór. I to był mój pierwszy raz. Pamiętam te minuty, godziny i te emocje, bo wtedy właśnie stałam się kobietą. Marcin był delikatny i cierpliwy. Niczego nie przyśpieszał. Pozwolił mi na oswojenie się z każdą nową, rodzącą się we mnie, emocją. A ja z czasem pozwalałam mu na coraz więcej. Sobie również… Do dziś pamiętam, a nawet czuję jego ręce na mojej skórze. Każdy dotyk.. A teraz, w tej chwili, każde wspomnienie naszego zbliżenia, wywołuje u mnie falę ciepła, falę pożądania i miłości, ale nie tylko. Również bólu. Bólu, ponieważ dziś już wiem to, z czego wówczas nie zdawałam sobie sprawy… Niestety jestem mądrzejsza o kilkadziesiąt lat cierpienia…

Kolejne dni, tygodnie a potem miesiące z czasem dwa lata, były niczym sen z bajki. Ale mój książę dostał powołanie do wojska… Czekałam miesiącami, czekałam, i czekałam. Tęskniąc i płacząc w poduszkę. Alina przechodziła to samo, ale ona szybciej niż ja zrozumiała, że nasi książęta zaczęli żyć swoim życiem. Życiem, w którym nie było dla nas miejsca. Minęło sporo czasu. Kolejnych kilka miesięcy, gdy pewnego dnia jadąc pociągiem do szkoły spotkałam Marcina. Pamiętam ten szept przyjaciółki za moimi plecami. – Nie bądź głupia. Nie podchodź pierwsza.
I nie podeszłam. Do dziś dnia mam wątpliwości, czy dobrze zrobiłam. Czasem myślę, że nie. Ale wtedy byłam nazbyt niedojrzała, nazbyt zraniona jego milczeniem, aby postąpić inaczej. Alinki podszept był tylko kropką nad „i”. Upewniła mnie w tym, co sama zamierzałam. I wtedy właśnie czar prysł, ale nie miłość. Tego dnia nasze spojrzenia więcej się nie skrzyżowały. Ani serca. Miałam wrażenie, że umarło wszystko, co nas łączyło. Małego tego, czułam, że i ja powoli umieram.

Moje wspomnienie...

Za oknem panował mrok. Noc niczym królowa zawładnęła okolicą. Mój dom, moje miejsce na Ziemi, stał wtulony między dębem a brzozą. Między potęgą a słabością. A ja tkwiłam między czasem przeszłym a obecnym. Wstałam powoli z fotela. Salon pochłonięty przez mrok wydawał się być ciemną otchłanią. I choć znałam każdy jego metr, wyciągnęłam przed siebie rękę. Doszłam do drzwi i zapaliłam światło. Moje oczy, nieprzywykłe do jasności, poraził ten blask. Przymknęłam powieki, po chwili, oswojona ze światłem, otworzyłam oczy. Wyszłam do holu. Jasna łuna wypleniła i jego. Długi i cichy prowadził wprost do kuchni. Nastawiłam wodę. Nasypałam kawy do filiżanki i w oczekiwaniu na wrzątek usiadłam przy stole. Głowę ukryłam między rękoma i usiłowałam uwolnić się od obrazów, od wspomnień. Na próżno. Dopiero gwizd czajnika pozwolił mi na powrót do rzeczywistości. Parę łyków kawy postawiło mnie na nogi. Sen morzył mnie, ale umysł nie pozwalał zasnąć. Zgasiłam światło w kuchni. Tuż przed tą czynnością zerknęłam na nią. Pozornie mała, przytulna, urządzona z gustem i smakiem, była moją chlubą. Jasne meble kontrastujące z bordową ścianą, na której wisiały, i stalowa roleta w oknie. Lubiłam to zestawienie kolorów. Dynamika i łagodność. Biel i bordo. Na środku stał niewielki okrągły stół, cztery wysokie taborety i barek tuż pod oknem. Ale nie była to typowa kuchnia, nie miała jednej ze ścian. W tym miejscu ulokowany był ów barek z kamiennym blatem. Zaczynał się dokładnie w połowie i przechodził kształtem litery L pod okno. Za nim była jadalnia. W niej, po środku, dominował drewniany, sporej wielkości stół, sześć krzeseł a pod oknami na całej rozciągłości stały komody. Na nich zdjęcia; moje, dzieci, ogólnie bliskich oraz jego… Marcina. Ta fotografia towarzyszyła mi przez wszystkie te lata. Zamknęłam oczy, tam pod powiekami znów go ujrzałam. Czy jestem opętana przez uczucie do niego? pomyślałam niemal z lękiem. I chyba tak właśnie jest. Ale to opętanie ma konkretne powody by istnieć, by w ogóle być. To moja przeszłość i to, co się w niej wydarzyło…
Na szczęście dziś, teraz, nie musiałam trzymać tych emocji w sobie. Minął czas sekretów. Dziś mogłam mówić i czuć, co tylko chciałam, ale kiedyś… Kiedyś było to zakazane.


ROZDZIAŁ II
Miłość, to nie zawsze znaczy to samo. Lata 1990-1991-1996.

Minęło lato, pełne tęsknoty a jednocześnie niedowierzania, że Marcin o mnie zapomniał. Kontakt z Alinką również się urwał. A ja poniekąd zmuszona do powrotu do domu uczyniłam to zaraz po wakacjach. Szkoła była już za mną, czas było ponownie szukać pracy. I tak otoczona tymi samymi obrazami, tą samą przeszłością, usiłowałam zbudować nową. Tuż pod koniec września znalazłam zatrudnienie w prywatnej firmie krawieckiej. Zajęłam się księgowością. Naliczenia, wyliczenia i bilanse stanowiły główną treść mojej pracy. Niezbyt pasjonujące zajęcie, ale starałam się wykonywać ją sumiennie. A ponadto wokół mnie byli mili ludzie. Każdy dzień w pracy, choć tak podobny do siebie, był odskocznią od tego, co w domu i od myśli. Te niepokorne gnębiły mnie wieczorami. Czasem zażegnywałam ten stan nostalgii, wiecznej tęsknoty, idąc do kawiarni ze znajomymi z pracy, czy też do kina. Pewnego dnia wybraliśmy się na przyjęcie urodzinowe naszej koleżanki, tam poznałam jego, przystojnego, miłego i wybitnie mną zainteresowanego mężczyznę. Z czasem okazało się, że jest on również synem znajomego mojego ojca. Więź między nami się zacieśniała i choć nie przejawiałam zbytniej ochoty na tą znajomość, z czasem uległam nie tylko urokowi Radka, ale namowom rodziny. Potrafili dniami i nocami uświadamiać mi, jaka to wspaniała okazja. Jaka to świetna dla mnie partia. Naprawdę starałam się go pokochać. Z czasem uwierzyłam we własne pragnienia. Grudzień 1991 miał stać się tym rokiem i miesiącem, na który zaplanowany był nasz ślub. Radek nie był romantyczny, ale praktyczny. Sprawiał wrażenie człowieka pragnącego zapewnić rodzinie dostatek i poczucie bezpieczeństwa. I tak było na początku. Ale w dzień ślubu ogarnęło mnie przerażenie. Zdałam sobie sprawę z tego, że go nie kocham. Że nie jestem gotowa na małżeństwo. I, że przede wszystkim w moim sercu, moim umyśle, wciąż istnieje tylko jeden mężczyzna, Marcin. Ale na wszystko było za późno. Pamiętam też chwilę, gdy stojąc przed lustrem, błagałam siostrę Ulę, aby ta poszła do rodziców, aby powiedziała, że pomysł ze ślubem jest niewypałem. Zmuszona, poniżona i osaczona szukałam u niej ratunku. – Iwona! – Ulka po moich słowach pobladła. – Czy ty chcesz, aby rodzice dostali zawału? Chcesz dobić ojca? – Ściszyła głos. Podeszła do mnie pochyliła się do ucha i niemal sycząc, dodała.
– Trzeba było wcześniej o tym pomyśleć.
– Ale tak naprawdę, to nikt mnie nie pytał o zdanie – usiłowałam się bronić.
– Tatko szalał z radości na wieść o tym, że Radek się mną interesuje. Zapominałaś już? – Postanowiłam dać odpór słowom siostry.
– Ale to ty miałaś ostatnie zdanie…
– Tak ci się tylko wydaje – zdążyłam odburknąć. Tym czasem podeszła do okna, nie bacząc na moje słowa i, patrząc na tłum zbierających się ludzi pod domem, oznajmiła.
– Patrz. Oni wszyscy zostali zaproszeni na ślub. Wiesz ile na to poszło kasy? Ula nie pytała, stwierdzała fakt. A ja w tym ułamku sekundy zrozumiałam, że nie ma odwrotu.
Klamka zapadła. Nie zdążyłam nic odpowiedzieć, do pokoju wszedł brat, Wojtek, brunet, niezbyt wysoki i wystrojony, jak na ślub przystało.
– Gotowa? – spojrzał na mnie badawczo. Dostrzegł łzy, ale nie skomentował tego. – Wszyscy się denerwują. Została godzina do ceremonii. Matka każe wam schodzić. Jego głos był niemal taki sam jak mamy. Stanowczy i ostry. To właśnie Wojtek miał mnie prowadzić do Ołtarza. Tato po kolejnym incydencie z sercem nie czuł się na siłach. Ostatnimi czasy w ogóle unikał sytuacji, bądź to konfliktowych, bądź pełnych emocji. Wyciszył się. Zresztą, nie on był głową w naszym domu. Nią była mama. Ale kiedyś było inaczej. Tato nie należał do tego typu mężczyzn, którzy zbytnio troszczą się o dom, o atmosferę w nim panującą. Nie ukrywam też, lubił sobie sporo wypić, ale po pierwszym zawale serca zmienił nawyki. Schodziłam po schodach na sztywnych nogach. A co najgorsze, nie mogłam przestać płakać. Jakbym wyczuwała to, co ma się dopiero wydarzyć… Intuicja coś mi szeptała. A szepty te były niepokojące…
– No, wreszcie. – Mama podeszła do mnie i obejrzała dokładnie. Tu i ówdzie coś pociągnęła, pogłaskała, wyprostowała i przybierając postawę dumnej mamy, zakomunikowała gościom. – Panna młoda gotowa do ślubu! Prawda, że ma piękną suknię? Nie czekała na odpowiedź, tylko wciąż zachwycając się, kontynuowała. – To prawdziwa koronka i malutkie perły. A nie jakieś tam szkiełka. Kochani, mogę powiedzieć, że to rodowa suknia. Moja mama dostała ją od swojej mamy. Ja od niej, a teraz przyszedł czas na Iwonkę. Prawda, że wygląda ślicznie?
O dziwo, tym razem poczekała na reakcję gości. A ja stałam jak słup soli i walczyłam ze łzami. Na próżno. Ale goście bardziej koncentrowali się na sukni niż na mnie. Rozległy się oklaski. Połowy osób nie znałam. Kuzynostwo, od strony rodziców. Jacyś wujkowie, stryjkowie i ciocie, których twarze znałam zazwyczaj ze zdjęć. Ale byli pośród nich i tacy, których nawet w ten sposób niedane było mi poznać. Należeli do rodziny mojego przyszłego męża. Znałam jedynie Radka rodziców. Puszysta szatynka, ubrana w koronkową kremową sukienkę i łysiejący, dobrze zbudowany mężczyzna, w czarnym garniturze, byli moimi teściami. To do nich miałam mówić „mamo” i „tato”. Przypominali moich rodziców; równie surowi i bezwzględni. I to powinno mi było dać do myślenia. Niestety nie dało. Zapomniałam o powiedzeniu: „Jaki ojciec taki syn, jaka matka taka córka”. Ale o dziwo, ja w ogóle nie jestem podobna do moich rodziców. Przynajmniej z charakteru. Za to Radek do swoich i owszem, ale o tym miałam przekonać się wkrótce…
Niewiele pamiętam z samej ceremonii, ani z tego, co było po niej. W mojej głowie do dziś rozbrzmiewają jedynie słowa księdza i przysięgi małżeńskiej. Przysięgi, którą ja dotrzymałam, ale nie Radek… Pamiętam też tą ciszę. Była na swój sposób zatrważająca. Nastała zaraz po słowach księdza Andrzeja, pytającego mnie: „Czy chcesz tego oto Radosława za męża…” I była tak przejmująca, że aż żenująca. Kątem oka spojrzałam na rodziców, na teściów… Ich twarze skamieniały ze strachu, bo ja wciąż milczałam. Nie mogłam wykrztusić z siebie słowa…
Mijały kolejne minuty…
W końcu z moich drżących ust wydobyło się razem z łkaniem słowo: „Tak”. A potem było przyjęcie weselne. Weselne dla innych, nie dla mnie. I szybko okazało się, że ten, co ślubował mi miłość i wierność, nie dotrzyma nic ze słów przysięgi. Mało tego, szybko poznałam jego prawdziwie oblicze; władcy i pana, niezdolnego do miłości, a zdolnego jedynie do tego, aby być tyranem. Nie zważał na to, co czuję, co pragnę. On po prostu brał to, co chciał. Nawet siłą. I tak pod koniec sierpnia urodził się nasz pierworodny syn, Patryk. Z czasem okazało się, że jest chory. Jego układ kostny nie był należycie wykształcony. I wtedy spadła na mnie lawina przekleństw. Zagrzebywano mnie w poczuciu winy i to każdego dnia. A brylował w tym mój mąż. Pewnego dnia stwierdził, że to nie może być jego syn. Że się z kimś puściłam… I przeklął syna, mało tego, nazwał go bękartem. Właściwie mówił tak o nim niemal od pierwszych miesięcy ciąży. Nie chciał tego dziecka. Ale ja pokochałam synka, dosłownie od pierwszej sekundy, gdy go zobaczyłam. Kochałam go, gdy był w moim łonie. Jednak osaczona, znów pomiatana, popadłam w dziwny stan. Oscylowałam między depresją a przygnębieniem. Bywały dni, że leżałam całymi godzinami w łóżku, a funkcjonowałam jak lunatyczka. I wtedy zdarzył się cud. Pewnego dnia spotkałam Marcina…

***
Padało, a niebo pochmurne i ciemne, nie wróżyło poprawy.
Szybko wprowadziłam wózek z płaczącym synkiem do posesji. Stanęłam przy drzwiach. I gdy już miałam wyjąć z niego Patryka, doszedł mnie znajomy głos. Brzmiał niepewnie.
– Cześć Iwonko… to twoje dziecko? Zamarłam w pół ruchu. Nie musiałam podnosić głowy, aby wiedzieć, do kogo należy. Przede mną, zupełnie niezmieniony, stał Marcin, ten sam, co lata temu. Uśmiechał się, ale ten uśmiech cechował smutek. Smutek, który emanował ze spojrzenia. Nie umiałam nic odpowiedzieć. Kiwnęłam tylko głową. Wtedy z domu wyszła siostra Ulka i brat Krzysiek, był najmłodszy z nas. Dość sucho i beznamiętnie przywitali się z Marcinem. Znali go. Przyjeżdżałam z nim jeszcze wtedy, gdy byliśmy parą.
– Cześć. Kopę lat – brat podał mu dłoń. Uścisnęli sobie ręce. – Iwona, co się tak guzdrzesz? – zwrócił się do mnie. Krzysiek też był władczy.
Całe moje rodzeństwo posiadało tę cechę. Tylko nie ja. Czasem miałam wrażenie, że nie jestem dzieckiem swoich rodziców. Tak bardzo różniłam się od nich, i od swojego rodzeństwa. Alinka mówiła mi, że to przez to, że przetoczono mi krew tego żołnierza. To owa transfuzja krwi, jej zdaniem, wpłynęła znacząco na mój charakter. Wiem, to był żart, ale czasem zastanawiałam się, czy aby na pewno. Ale wtedy nie takie myśli absorbowały mój umysł. Usiłowałam zrozumieć, co spowodowało, że po tylu latach Marcin mnie odwiedził. Ten wszedł niepewnie do domu, zaproszony przez Ulę. A ja nie mogłam powstrzymać się od łez. Uciekłam pod byle pretekstem do łazienki. Tam, tłumiąc jęk i szloch, usiłowałam się uspokoić. Długo mi to zajęło. W końcu z podpuchniętymi oczami weszłam do pokoju. Rozmowa się nie kleiła. Marcin wypił kawę, wymienił kilka zdań z ojcem, nawet mamą i widziałam, że i on zaczyna się męczyć tę atmosferą wymuszonej grzeczności. Po niespełna półgodzinie zaczął zbierać się do wyjścia. A ja miałam wrażenie, że mój świat ponownie runął w zgliszcza. A może zawsze tam tkwił? Tylko ja łudziłam się, że cokolwiek udało się mi zbudować? Domek z piasku. Pomyślałam, gdy już w drzwiach żegnałam odchodzącego Marcina. Na odchodne szepnął mi cicho tak, aby nikt nie usłyszał:
– Dlaczego Iw? Dlaczego? Nie tylko, nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć, ale i o co pyta. Usiłowałam nadal pojąć cel jego pojawienia się w moim domu. Dlatego w ogóle nie zdążyłam zareagować. A za moimi plecami wyrosła, jak spod ziemi czujna, jak zawsze, mama.
– Do widzenia, Marcin. Miło, że nas odwiedziłeś. – Jej jaszczurkowaty uśmiech nawet mnie przeraził. A co dopiero jego. Skinął głową, raz jeszcze pomachał ręką i rzucił pozornie wesoło: – Do zobaczenia. I dziękuję za gościnę. Napiszę list. Nie wiem, do kogo to powiedział. Ale z pewnością nie do mamy. Więc czekałam…

A tymczasem moje małżeństwo stało się istnym piekłem na ziemi. Uciekłam po kolejnym pobiciu przez Radka, już z trójką dzieci. Na świat przyszły jeszcze moje córeczki. Zdrowie i śliczne i ze wszech miar mądre dziewczynki. Był grudzień, gdy pobita i zapłakana stanęłam, trzęsąc się z zimna i emocji w drzwiach domu rodzinnego. I wtedy usłyszałam od matki.
– Masz wrócić do męża! Tam jest twoje i dzieci miejsce. Nie u nas. Ale na tę noc przygarnęła nas, choć tyle. Jedna spokojna noc. I sen. W końcu. Następnego dnia wróciłam do męża. Być może wystraszył się tego, że stać mnie jednak na odważną decyzję, na odejście od niego, i na jakiś czas zapanował pozorny spokój. Wyjechaliśmy na trzy lata w jego rodzinne strony… I wtedy rozpętało się prawdziwe piekło…
***
Noc za oknem zarzuciła czarną pelerynę na pola, łąki i sady. Siedziałam w domu. Już dawno temu zrozumiałam, że tylko kwestią czasu jest moje odejście od Radka. Dziś znów siedział od rana i popijał wiejskim klubie. Tym razem z kolegami a nie jak zazwyczaj z ojcem. Teść też lubił sobie popić. Ale on dbał choć o finanse rodziny, a Radek dbał tylko oto by mieć, co do gardła wlać. Pamiętam też początki naszego związku. I nic nie zapowiadało tego koszmaru. Ujmujący, taktowny wręcz szarmancki aż do nocy poślubnej. Ale w sumie, czego mogłam oczekiwać? Tam gdzie nie ma miłości, gdzie nawet siła przyzwyczajenia nie jest klamrą łączącą ludzi, nie może być dobrze. Tak jak właśnie nie było w moim związku. Starałam się go pokochać. Wmawiałam sobie to niemal każdego dnia. Doszukiwałam się zalet, ale im bardziej się mu przyglądałam, tym bardziej upewniałam, że poddałam się fali nakazów, poleceń rodziców a nie, że to ja podjęłam decyzję. Osaczona, zniewolona jak nie przez rodzinę to męża tkwiłam w emocjonalnym mrozie uczuć. Wręcz już otchłani. I co najgorsze, zaczynałam się postrzegać, jako ofiarę, nieudolną do działań. Stałam się bezwolna, akceptując prawie wszystko, łącznie z biciem. Ale czy naprawdę? Czy też tylko czułam się zastraszona? Tego jeszcze nie wiedziałam. Ale dziś siedząc, w moje małej kuchni, gdzie rząd szafek w kolorze pomarańczowym wisiał tuż nad moją głową, zastanawiałam się na sobą. Nad ratunkiem dla siebie i dzieci, które bawiąc się pod stołem, śmiejąc się, rozrzucały swoje zabawki. Moje kończyny służyły im za drzewa lub coś podobnego, bo co rusz jakiś zagubiony w trasie samochodzik uderzał o moją nogę. Ale nie przeszkadzało mi to. Ja nie czułam przecież bólu, a one były szczęśliwe. W końcu się śmiały, swobodnie i bez przymusu, a nie jak bywało – pod dyktando tatusia, który jakże często nakazywał im dyscyplinę, ale również, co szalenie absurdalne, miały się śmiać z tego, co i jak mówi, oraz z zabaw, jakie im z rzadka organizował. Kochający tatuś, psia mać, pomyślałam o Radku ze złością. Mało powiedziane, już z nienawiścią. Ale gdzieś na dnie mojego umysłu niczym hydra wyłaził strach. Zbliżała się osiemnasta trzydzieści, było ciemno, chłodno a jego jeszcze nie było w domu. I w takim układzie mogłam wszystkiego się spodziewać…
Zegar z kukułką wybił dwudziestą, kiedy w moim domu rozpętało się piekło…
– Jesteś podły! – mój głos drżący, z nutami żalu, przedzierał się przez salwę przekleństw Radka. Wystraszone dzieci schowały się pod ławą w pokoju. Miałam tego serdecznie dość. „Nie zniosę więcej kolejnej pijackiej awantury”, myślałam, usiłując się nie rozpłakać. Bo co by mi to dało? Nic. Co najwyżej znów doprowadziłoby go to do głupawego śmiechu. Zawsze tak było. Drwił i szydził ze mnie, gdy okazywałam słabość. Gdy płakałam.
Dziś postanowiłam się postawić. I miałam po kilku minutach tego pożałować. Ale czy pożałowałam? Mimo wszystko nie. Tak, więc podniosłam głowę, spojrzałam hardo w jego przymglone, pozbawione blasku, szare oczy i warknęłam.
– Więcej mnie nie uderzysz!
– Jesteś tego pewna? – syczał.
– Nie jestem workiem treningowym! Od tylu lat traktujesz mnie jak wywłokę…
– Bo nią jesteś! Twój kochaś… Zapomniałaś o nim? Bo ja nie. Te twoje listy do niego, twoje łaknie, gdy się nie odzywał…
– Skąd to wiesz? – doznałam szoku. Przecież nigdy mu nie wspominałam o Marcinie.
– Skąd, skąd? A gówno cię to obchodzi, szmato! Wiem i tyle! Ale wiedziałem też jak to załatwić. Bo nie pozwolę, żadnej wywłoce rządzić w moim domu! Ani nie pozwolę sobie przyprawiać rogów! – wciąż się wydzierał, a ja patrzyłam na niego i nie mogłam wyjść ze zdziwienia. I choć zaczęło mi się przypominać, jak swojego czasu szeptał z moją mamą, czy siostrą, a nawet ojcem nigdy nie pomyślałam, że właśnie to może być tematem ich rozmów. I wątpiłam, aby ktokolwiek z nich pokusił się o powiedzenie mu o mnie i Marcinie. Ale prawda była taka, że on wiedział. Pozostało jedynie pytanie: Skąd i od kogo? Nabrałam powietrza wraz z odwagą i odparłam.
– Ale to już historia… Nigdy cię nie zdradziłam. Nigdy. Rozumiesz?! – i ja podniosłam głos.
A Radek wciąż z zaciśniętymi ustami i pięściami patrzył na mnie z rosnącym obrzydzeniem. Zresztą, ja na niego również. I kiedy miałam coś jeszcze dodać, zobaczyłam, jak zbliża się do mnie. I dokładnie w tym momencie zobaczyłam pięść. Wielką, siną kulę, przedzierającą się przez kolejne warstwy powietrza.
– Szmato, nie pozwolę ci szargać mojego nazwiska!
Nie zdążyłam zrobić uniku. Porażający ból przeniknął przez moją głowę. Upadłam. Ale Radek nie skończył. Kolejne ciosy zadawał nogą. Skuliłam się i to była ostatnia sytuacja, którą zarejestrował mój mózg. Potem zemdlałam. Nie wiem, ile czasu leżałam na podłodze w kuchni. Ale gdy z trudem otworzyłam oczy dojrzałam pochylone nad sobą, zapłakane córeczki i synka. I wtedy podjęłam decyzję…
„Nigdy więcej” pomyślałam, zaciskając zęby. „Nigdy więcej bicia i przemocy” powtarzałam w kółko, podnosząc się z wielkim trudem. W głowie mi huczało. Z nosa ciekła krew a jedno oko zasłaniała opuchlizna. Latami byłam bita, seks był jednym wielkim gwałtem i co najgorsze, nie było widać tego końca. Bo nic nie miałam do powiedzenia, aż do owej ostatniej soboty marca. Wtedy postanowiłam uciec.
I decyzję, raz podjętą, zrealizowałam. Odczekałam, aż zaśnie i wymknęłam się z domu… Znów stanęłam z jedną reklamówką w dłoni, i trójką dzieci w drzwiach rodzinnego domu. Nie miałam dokąd się udać. W końcu miałam tylko ich. Po wysłuchaniu mojej opowieści, choć sprawiali wrażenie, że mi nie wierzą, to jednak tym razem nie kazali mi wracać. Chyba bardziej niż słowa, przekonał ich mój wygląd. A ja i tak bym nie wróciła do Radka. Potrzebowałam miesięcy na to, aby wygoić wszystkie rany, nie tylko te na ciele. Te w mojej duszy goją się do dziś dnia. Tylko rok byłam w rodzinnym domu. Na wiosnę udało mi się wynająć małe mieszkanie. I tak zamieszkałam niemal po sąsiedzku. W tym samym okresie trwała moja sprawa rozwodowa.

To było również przerażające doświadczenie. Nie mogłam liczyć na pomoc, ani rodziców, ani rodzeństwa. Zajęci własnym życiem nie mieli dla mnie czasu, ale myślę, że tak naprawdę nie chcieli mi pomóc. Zresztą nie oczekiwałam tego. Ula mieszkała wraz mężem i synkiem u rodziców. I sama borykała się z problemami. Podobnie rodzice. Choroba ojca coraz to bardziej dawała się mu we znaki. Matka była już nie tylko żoną, ale każdego dnia stawała się dla niego pielęgniarką. Wiele musiała się w związku z tym nauczyć. Rozumiałam ich, ale przyznaję uczciwie, było mi przykro. I nie wiedziałam, że istnieje jeszcze jeden powód, jakby niechęci do mnie… Pozornie odizolowani mieli znaczący wpływ na moje życie. Ale ja, póki co, o niczym nie wiedziałam. Mama i Ulka były tamą dla pewnej wiedzy. Mało tego, ta wiedza była przeznaczona tylko dla mnie a ja wciąż tkwiłam w nieświadomości i to wcale niebłogiej… Tymczasem żyłam w miarę spokojnie, i nieświadoma niczego wychowywałam dzieci. Borykałam się samotnie z każdym problemem a do tego bardzo ciężko pracowałam, wciąż nie mając o niczym pojęcia. Tajemnica więziła prawdę, która mogła mnie wyzwolić od ciągłego żalu, wspominania i być może pozwoliłaby mi na unormowanie już wtedy wielu spraw uczuciowych. A tak… Tak zapętlam się we wspomnieniach i pretensji do Marcina, że o mnie zapominał. Że nie byłam, mimo jego deklaracji, tak ważna, jak mówił. A zegar tykał… Po roku otrzymałam rozwód. Odetchnęłam z ulgą.

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

OBSZERNE fragmenty OBSESJI- powieść ciesząca się sporym zainteresowaniem Czytelników.


OBSZERNY FRAGMENT – O B S E S J I – powieści wzbudzającej silne emocje, mającej coraz więcej zachwyconych Czytelników. DOŁĄCZ i TY

 
PROLOG
 Grudzień 2011, sylwester

– Pamiętaj. Jesteś silna i dzielna. Czas na wyrównanie rachunków. Czas na sprawiedliwość. Nie zapominaj, czego dokonałaś. – Głos młodej kobiety wypełnił pokój hotelowy. Spojrzała przez okno. Gruba warstwa śniegu pokryła uliczki, szczelnie otulając dachy domów. W oddali rozbłyskiwały światła sztucznych ogni. Cała gama kolorów wypełniła czerń nieba. Zewsząd płynęły dźwięki muzyki. Karpacz się bawił. Trwała noc sylwestrowa. Szampan lał się strumieniami. Uśmiechnęła się, spoglądając na swoje odbicie w lustrze: – Pamiętaj, teraz twój ruch – szepnęła. – Zero skrępowania, zero skrupułów. Złam wszystkie zasady, wyzwolona kobieto – uniosła kciuk. – Ta noc i następne, oraz dni należą do ciebie. Uda ci się. – Jej piękne spojrzenie odbijające się w lustrze, zdradzało stanowczość i pewność. Nie była już tą samą dziewczyną co lata temu. Od czasu, gdy pokonała własne lęki i słabości, stała się silna. Zawsze marzyła o takim wizerunku. Znów z nieukrywaną dumą spojrzała w lustro. Uśmiechnęła się dziwnie. Tajemniczo? Złowrogo? A może nie, może był to jedynie uśmiech nacechowany satysfakcją, że w końcu jest tym, kim zawsze pragnęła być. Piękną, niezależną i wolną od kompleksów kobietą. Spełniła jedno z dwóch marzeń. Zostało jeszcze jedno…
***
Sylwestrowa noc pełna magii, blasku świateł, rozbłysków petard i sztucznych ogni, i dobiegającej zewsząd muzyki trwała. W wynajętej góralskiej chacie grupa przyjaciół z upodobaniem oddawała się zabawie. Tomek, Darek, Robert, Anna, Renata i Kasia szaleli jak niemal każdy w tę noc. Gospodarzem i inicjatorem wszystkich ich zlotów, jak zawsze był Tomek. Ściągnął z Anglii swojego przyjaciela, Aleksa, by również zobaczył, jak bawią się młodzi w taką noc w Karpaczu. Aleks był zauroczony. Bywał w Polsce często, nie tylko z racji pracy. Nigdy też nie był na tak szaleńczej imprezie, jaką zorganizował kolega. Śmiech, muzyka, kulig, petardy, zimne ognie i lejący się strumieniami alkohol, było to w takim samym stopniu fascynujące, co niebezpieczne. Zwłaszcza alkohol. Po jakimś czasie szampan zrobił swoje. Było dobrze po północy, gdy wyszedł na taras. Znajomi szalejący w takt muzyki nie zwrócili uwagi na jego nieobecność. Kręciło mu się w głowie. Mimo to dostrzegał całe piękno nocy. Śnieg skrzył się równie mocno jak gwiazdy na granacie nieba. Nad horyzontem rozbłyskiwały kolorowe światła. Eksplodowały sztuczne ognie. Pełna iluminacja. Przestrzeń wypełniała rytmiczna muzyka i śmiechy.
– Nie za zimno ci? – usłyszał za sobą delikatny, niemal dziewczęcy głos. Odwrócił się. Stała przed nim piękna, wysoka kobieta. W białym jak obłok futerku, z długimi, czarnymi jak skrzydła kruka, włosami i spojrzeniem, pod którym ugięły mu się nogi. Zaszumiało głowie i uszach, a w sercu zawirowało. Przełknął ślinę. Nie wiedział, dlaczego nagle cały świat krąży wokół nich. Zwłaszcza wokół niej.
– Nie, nie jest mi zimno – odparł. – Czy my się znamy? – spojrzał zdziwiony.
 – Może z innego wcielenia? Kto wie? – zaśmiała się, przechylając na bok głowę.
– Masz dziwny akcent.
 – Mieszkam w Londynie. W Anglii – był wyraźnie speszony. Nie rozumiał, co było tego powodem. Dziwiło go własne skrępowanie.
 – W Anglii? A widzisz… myślałam, że Londyn jest gdzie indziej. Na przykład w Honolulu – zaśmiała się. Poczuł się niezręcznie. Miał dziwne wrażenie, że już kiedyś padły te słowa.
– Jestem Aleks – postanowił zmienić kierunek rozmowy.
– Grace. – Kobieta niemal wyszeptała swoje imię, podając mu rękę. Czuł ciepło i miękkość jej skóry.
 – Grace? To nie jest Polskie imię – nie krył zaskoczenia. Po chwili puścił niechętnie jej dłoń.
– I tak, i nie. Wszystko zależy od tłumaczenia. – Wydawała się rozbawiona. W jej oczach tańczyły radosne iskierki. Lekko przechyliła głowę, wpatrując się przy tym uważnie we wciąż skrępowanego i niekoniecznie trzymającego się prosto Aleksa. On wiedział, że nie tylko podmuchy porywistego wiatru kołyszą nim na boki. Alkohol robił swoje. A tymczasem Grace, lekko mrużąc oczy, spytała:
 – Impreza w chacie Antoniego?
– Tak. Zaczął odczuwać chłód. Grace dostrzegła, jak drży.
– Musisz koniecznie się rozgrzać – dotknęła jego ramienia. Sweter na nim pokryły płatki śniegu. Odczuwał już nie  tylko przejmujące zimno, ale zrozumiał, że alkohol zaczyna rządzić także jego umysłem, siejąc w nim spustoszenie. Jego mowa stawała się niewyraźna. Nie był przyzwyczajony, ani do takiego tempa, ani ilości. Widział przepływające przed oczami obrazy, rozmyte kształty, wirujące kolory, ale ona była na tym tle jak kryształ. Kryształ bez skazy. Usiłował się rozejrzeć. Nie mógł. Wszystko kręciło się jak na jakieś cholernej karuzeli. Dół, góra, dół… Mdliło go. Granat nieba, księżyc, ona i znów kołysząca się pod stopami ziemia. Ziemia, na której stała bogini. Kobieta o imieniu Grace, której wcześniej nie widział na imprezie. Już miał ją o to spytać, gdy przyciągnęła go do siebie. 
– Zabieram cię do mojego domu – jej głos był stanowczy, ale z twarzy nie znikał uśmiech. – Musisz się rozgrzać. I wytrzeźwieć. Mam też ochotę sprawić ci niespodziankę. – To właśnie ten uśmiech go rozbroił. Nie zaprotestował. Nie miał sił. I był ciekaw niespodzianki.
– Na razie jedną z dwóch – dodała. Dotknęła jego ramienia i patrząc wnikliwie w oczy szepnęła:
– Porwę cię do tajemniczego, ale ekscytującego miejsca. Potraktuj to jak prezent pod choinkę. – Znów na jej twarzy pojawił się uśmiech, ale ten był nieco inny, tajemniczy i, jak mu się wydawało, zmysłowy. Wciąż stał niemy, zaskoczony i zaintrygowany. Ale nie na tyle, by nie pojąć wyjątkowości całego zdarzenia.
 – A zatem mój drogi, porywam cię. – Mówiąc to zaśmiała się lekko i swobodnie. Po paru sekundach chwyciła go za rękę i pociągnęła zdecydowanie. Drgnął i bezwolnie ruszył krok w krok za tajemniczą i niesamowicie piękną kobietą. Stąpał niepewnie, kołysząc się na boki, ale usiłował trzymać fason. Choć najchętniej ukryłby się gdzieś w jakichś zaroślach i zwyczajnie oddał to, co wciąż buszowało w jego żołądku. Nie uczynił tego. Opuścili teren posesji. Kątem oka dostrzegł w oknie, stojącego za firanką Tomka. Ten również, niekoniecznie trzeźwy, uniósł kciuk ku górze, pokiwał z akceptacją głową i zawadiacko się uśmiechnął. Aleks wiedział, że tym gestem ma nie tylko błogosławieństwo od przyjaciela, ale przede wszystkim Tomek chciał mu dać do zrozumienia, żeby „takiej okazji”, jak miał w zwyczaju mawiać, „nie zmarnował”. Nie zamierzał tego robić i tym chętniej ruszył przed siebie. Przed nim stał czerwony ford. Dziewczyna otworzyła drzwi wozu. Nakazała, skinieniem głowy, by wsiadł. Nie protestował, o nic nie pytał, był jej posłuszny. A może nie? Może czuł, jak alkohol obezwładnia nie tylko jego ciało, ale i w pełni przejmuje władzę nad umysłem? A może winna temu była ona, jej spojrzenie? Nie wiedział. Siedzieli w samochodzie. Otoczyła go fala ciepła i zrobiło mu się słabo. Lekko uchylił okno. Przez kilka sekund koła buksowały w grubym, zbitym śniegu, zanim w końcu auto ruszyło. Odwrócił wzrok od okna. Obrazy majaczyły. Zamknął oczy, lecz zaraz szybko je otworzył. Świat pod powiekami wirował jeszcze bardziej a on obracał się wraz z nim. Znów jak na karuzeli. Wpatrzył się w jeden punkt, w drogę, i tak było najlepiej. Dojechali pod jej dom. Wokół, las, cisza, i śnieg aż po kolana. Z nieba już nie pojedyncze płatki, a niemal ściana śnieżnych gwiazd płynęła ku Matce Ziemi. A on siedząc w ciepłej, małej kuchni pił gorącą kawę. I usiłował myśleć logicznie. Bezskuteczne. Nie umiał się nawet skoncentrować na jej słowach. Marzył tylko o jednym, by się położyć. Tak też po niespełna kwadransie się stało. I to był ostatni kadr, który zapamiętał. Wielkie łóżko, ciepła pościel, lekki półmrok i szum wiatru zza okna. Zapadła głęboka noc. Gdy otworzył oczy, dostrzegł na kominku, w którym wesoło hasały płomienie, zegar.
Wskazywał trzecią. Sądził, że jest sam. Nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, gdzie się w rzeczywistości znajduje. Spod półotwartych powiek usiłował dostrzec kontury mebli, drzwi… czegokolwiek, co pozwoliłoby na uzmysłowienie sobie, gdzie jest. Po kilku sekundach pamięć zaczęła wracać. Wrócił obraz Grace. Wytężył wzrok w jej poszukiwaniu. Wyciągnął rękę, przesuwając nią po pościeli. Był sam. Tak sądził. Lecz tylko do chwili, gdy nie odwrócił się na drugi bok. Leżała kilkanaście centymetrów dalej i wpatrywała się w niego. Na jej twarzy, w blasku płomieni z kominka, dostrzegł uśmiech. Tajemniczy, pełen zrozumienia, ale nie tylko…Uśmiechała się jednocześnie zmysłowo. Był zaskoczony, niepewny i szaleńczo zdziwiony. Mimo to milczał, nawet wtedy gdy wyszeptała:
– Naszykowałam ci kąpiel. Łazienka jest tam – wskazała ręką kierunek. Dostrzegł wątły blask światła, padający z głębi przedpokoju. Wstał i, nic nie mówiąc, wykonał polecenie. I tak było przez kolejne godziny. Był jej we wszystkim posłuszny. O nic nie pytał. Ta kobieta miała w sobie coś takiego, co go zniewalało i onieśmielało. Stracił pewność siebie. A jednocześnie nie mógł pozbyć się wrażenia, że śni. Wszystko było w takim samym stopniu realne, jak i nierealne. Wychodząc do łazienki, spojrzał jeszcze raz w jej kierunku. Jedwab narzuty skrywał ciało, jednocześnie kreśląc jego kontury. Westchnął. Usłyszała i szepnęła zmysłowo:
– Pospiesz się.

***
Tulił ją do siebie, jakby miał zamiar jej rozgrzanym ciałem stłamsić wędrujące po swoim ciele miliony szpilek zimna. Zima tego roku była wyjątkowo mroźna.
Teraz, leżąc obok Grace mógł w pełni się rozgrzać, a ona niebywałą namiętnością umiała skutecznie wzniecić w nim płomień. Żar, jakże mu teraz miły. Ogień ten pochłaniał go i jednocześnie unosił na końcówkach swoich metaforycznych języków aż pod sam granat nieba. Osiągał szczyty, które do tej pory zostawały jedynie w jego mglistym wyobrażeniu o tym, jak może wyglądać seks. Zaznawał właśnie tego, o czym w ogóle nie miał pojęcia. Mimo że Grace nie była jego pierwszą kobietą. Miał za sobą kilka nieudanych związków. Zwłaszcza ostatni, z Betty, był jak cierń w ranie. Ale takiej kobiety jeszcze nigdy nie posiadł, a raczej nigdy taka nie posiadła jego. Jej ciało dominowało nad nim zachłannie, nad jego umysłem, nad ciałem, a nawet duszą. Piersi Grace falowały w takt ich wspólnego oddechu. Jej rozgrzane wnętrze szczelnie obejmowało nabrzmiałego członka. Nie był w stanie więcej znieść. A ona, dziewczyna o włosach czarnych, jak bezgwiezdna noc, spojrzeniu anioła i ciele bogini posiadła go tak, jak czyni to najlepsza mistrzyni w ujeżdżaniu. Tak właśnie się teraz czuł. Był w swoim odczuciu najwspanialszym z wierzchowców. Tym, którego wybrała sama spośród dziesiątków mężczyzn. Jego Mistrzyni, jego Amazonka, dzika i nieokiełznana. Z piersi wyrwało mu się westchnienie. Kochali się, czy uprawiali seks? Nie wiedział, ale nie zależało mu w tej chwili na poznaniu odpowiedzi. Grace nadal nie pozwalała mu na dominację, ale paradoksalnie czuł się jak pan i władca. Władca ciała, umysłu, a może i duszy tej niesamowitej dziewczyny. Oboje oddawali się sobie bez reszty i bez zahamowania.
– Zaskoczony? – spytała cicho w chwili, gdy raz po raz jego ciałem wstrząsał dreszcz.
– Tak… – wyszeptał. – Jesteś… jesteś tak doskonała, że sprawiasz wrażenie nierealnej.
Uśmiechnęła się tylko. A on patrzył. Pochłaniał ją wzrokiem. Leżała pod nim, słodka, kusząca, a zarazem niewinna. Zacisnęła nogi na jego biodrach. Poczuł się jak w żelaznym uścisku. Zasygnalizowała zmianę pozycji. Zwinnym ruchem przerzuciła go na łóżku. Wyczuwał ją, jej zamiary. Poddał się, byli zgrani, choć nieprzewidywalni. Teraz on był pod nią. Lekko, lecz stanowczo odsunęła się.
– Teraz ty… – szepnęła. – Ty tu jesteś władcą. Moim władcą – na jej ustach tak pełnych, nabrzmiałych od pocałunków zadrgał uśmiech. Aleks pojął grę. Wyzwolił się z uścisku jej ud. Wstał. Uniósł ją ku górze. Chciała stanąć tyłem do niego. Udaremnił ten ruch. Włosy Grace kaskadą spływały na jego tors. Uchwycił jej biodra, obrócił twarzą do siebie, łóżko pod nimi zaskrzypiało. Wziął ją na ręce. Zszedł z łóżka, trzymając ją na rękach, ułożył na podłodze. Wyprężyła się, zmrużyła oczy i czekała. Pochylił się nad nią, objął ustami piersi. Sutki stwardniały od razu. Delikatnie masował je językiem. Po chwili rozpoczął wędrówkę ku ustom. Języki dwójki kochanków rozpoczęły swoisty taniec. Najpierw, niczym w walcu, spokojnie i dostojnie, by po paru sekundach dostojność i powab zamienić na ognistą rumbę. Ciała podążały za językami. A on, wnikając coraz głębiej w najskrytsze, najgorętsze miejsce, nie był w stanie powstrzymać się od eksplozji. Grace to wyczuła. Spięła mięśnie wewnątrz ciała i jeszcze bardziej oplotła nimi nabrzmiałą od pożądania męskość. Aleks poczuł ogromną falę ciepła. Przenikała przez niego, aby po chwili wpłynąć we wnętrze Grace wraz z ostatnim stłumionym westchnieniem ich obojga. Aleks opadł niczym liść na pełne gorąca ciało dziewczyny, po którym między okrągłymi, kształtnymi piersiami spływały kropelki potu. Głaszcząc go, leciutko się uśmiechała.
– Musimy nad tym popracować Aleks. Za szybko dążysz do spełnienia. Seks ma trwać, a nie wybuchać. To nie wulkan mój drogi, a misterium doznań. – Z jej twarzy nie znikał uśmiech. Jednak on nie miał sił na rozmowę. Wciąż drżał. Spojrzał w oczy tak pełne czerni, tak trudne do opisania, a jednocześnie mówiące wszystko. Westchnął i zapragnął znów ją przytulić. Nie pozwoliła. Wysunęła się spod niego. Wstała i przechylając nieco kokieteryjnie głowę szepnęła:
– Połóż się na łóżku, pokażę ci, jak panować nad ciałem Mówiąc to, usiadła na nim. Rozchylone uda, ich ciepło przeniknęło przez jego skórę. Przeciągnęła dłońmi po torsie. Napiął mięśnie brzucha i znów objęła go znajoma fala. Zadrżał. Nie rozumiał, dlaczego aż tak reaguje. Na jego twarzy pojawił się nikły uśmiech, wyrażający raczej zakłopotanie, niż wzrastające podniecenie. Pochylając się nad jego nieco napiętą twarzą, zaczęła całować spierzchłe usta. Właściwie muskała je językiem. Ciepło i wilgoć przeniknęło do ust Aleksa.
– Będziesz mi posłuszny – wyszeptała. – A ja wprowadzę cię do krainy, gdzie seks trwać może wiecznie. Rozluźnij się – poprosiła.
Nie umiał, wciąż był spięty. Delikatnym ruchem dłoni nakazałaby położył się na brzuchu. Usłuchał. Wówczas zaznał tego, o czym nawet nie marzył. Grace całując jego plecy, muskając po nich raz piersiami, to znów językiem, drugą ręką delikatnie podążała w okolice krocza. Jej zwinne palce objęły najczulsze miejsce. Odruchowo uniósł pośladki. Zniżając się coraz bardziej, znalazła się pomiędzy jego umięśnionymi udami. Nic nie mówiąc, rozchyliła je, a jej oddech; szybki, urywany, zdradzał napięcie i podniecenie. Aleks rozłożył odruchowo ręce, jakby jego kończyny były ze sobą sprzężone. Zacisnął dłonie na skraju łóżka. Zrolowane, aksamitne prześcieradło zwisało spomiędzy palców. Wcisnął głowę w poduszkę. Wstrzymał oddech, a ona podążała za każdym jego drgnieniem, które sama zresztą wywoływała. Jej język muskał każdy centymetr męskości. Fali rozkoszy nie było końca, wciąż przepływała przez rozedrgane ciało. Miał ochotę się poderwać, rzucić ją na pościel, znaleźć się nad nią i wtargnąć w ten zamknięty przed ludzkim okiem świat kobiecości. Nie uczynił tego. Czekał na to, co obiecała. Chciał się tam znaleźć. Znaleźć się tam, gdzie jeszcze nigdy nie był. W krainie, o której wspomniała. Grace podsunęła się bliżej jego pośladków. Zacisnął je odruchowo. Delikatnie klepnęła go po nich. Jęknął, gdy odczuł symboliczny ból.
– Nie wolno ci tak robić Aleks – syknęła, lecz zabrzmiało to łagodnie. Rozluźnij się – mówiąc to, położyła się na nim. Przywarła całym ciałem, a po paru sekundach unosząc się to opadając, wsparta na rękach, przesuwała się wzdłuż niego. Niczym wąż wiła się po jego rozgorączkowanym ciele. Czuł nabrzmiałe piersi, rozgrzany brzuch i lekko drapiące, pięknie podstrzyżone włoski z jej wzgórka łonowego. Czuł ją całą. Noc pełna uniesień i blasku księżyca trwała, a Aleks marzył o tym, by nigdy się nie skończyła. Znów była nad nim. Kołysząc się, to unosząc, zabierała go za każdym razem do obiecanej krainy. Magicznej, potężnej, pełnej żądzy i eksplodującej energii, krainy spełnienia. Ale jeszcze nie teraz. Panowała nad wszystkim. Nie tylko nad sobą, ale i nad nim. Dosłownie i w przenośni. Gdy miał wrażenie, że zaraz eksploduje, zastygała w bezruchu, rozluźniała mięśnie wewnątrz swojego ciała i niczym Gioconda zamierała w bezruchu, uśmiechając się tajemniczo. Teraz była znów ta sama chwila. On gotów był na finalne doznanie. Ona jeszcze
 Nienasycona, nieokiełznana, a przy tym wszystkim sprawiająca wrażenie wyrachowanej. Wyrachowanej w gestach, słowach, dosłownie we wszystkim. Lecz jemu to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Podniecało go to do granic wytrzymałości. Był znów gotów. Gotów na pełne zbliżenie. Pragnął tego tak mocno, że odczuwał wręcz fizyczny ból. Drżał, myślał już tylko o jednym. O finale. Ale nie Grace, nie ona. Pokręciła przecząco głową, a z ust wypłynął melodyjny szept:
 – Jeszcze nie, Aleks. Jeszcze nie. Znów leżał na plecach. A ona raz jak wąż, raz jak kocica, pląsała nad nim, prawie rozbudzając wściekłość. Ale czekał. Każdy nerw wołał o spełnienie, każda z komórek mózgu była na to gotowa, ale Grace ponownie znieruchomiała. Aleks odetchnął z ulgą. Nieco się odprężył. Dotykał jej piersi, drażnił sutki… Spoglądała na niego, na te zielone przymrużone oczy, i dostrzegała w nich niemal zwierzęce błyski. Wtedy właśnie rozpoczynała ten swój osobliwy taniec węża, który trwał aż do momentu, gdy wyginając się jak kotka, podsunęła się ku jego twarzy i pociągnęła stanowczo, lecz łagodnie ku sobie. Usiadł, objęła go nogami, uda przycisnęła do jego ud, a za plecami splotła swoje stopy. Przywarła do niego tak szczelnie, że czuł już nie tylko jej zapach, nie tylko spływającą kaskadą po jego piersi włosy, ale czuł każdy milimetr jej wnętrza. A ona dociskając się wciąż do jego podbrzusza, zagarniała każdy centymetr naprężonej męskości w siebie. Była zachłanna i nie pozostawiła Aleksowi ani przestrzeni, ani swobody ruchu, ale jemu to wcale nie przeszkadzało.
– Jestem tą kobietą, o której marzyłeś latami. Jestem twoim spełnieniem. Od dziś, od tej nocy, będziesz tylko moim kochankiem Aleksie O ‘Ray – wyszeptała pomiędzy jednym płynnym ruchem a drugim. Pomiędzy jednym a drugim wspólnym westchnieniem.
.
.
.
.
{fragment}

ROZDZIAŁ I
Aleks

Niezbyt upalne lato okazało się dla Aleksa wyjątkowo przyjazne. Dzięki temu mógł spokojnie i bez obaw udać się w podróż służbową, połączoną z dwutygodniowym urlopem. Nie musiał obawiać się żaru z nieba. Nie lubił upałów, mało tego, nie lubił lata. Wciąż pamiętał tę zimę. Liczył, że poszukiwania Grace w końcu przyniosą oczekiwane efekty. I dlatego cieszyła go już sama myśl o wyjeździe do Polski. Liczył na to, że ponownie uda mu się spotkać tę tajemniczą kobietę, którą poznał pamiętnej zimy, w Karpaczu. Wciąż pamiętał tę noc sylwestrową, tę i następną. Nikt z obecnych na imprezie nie wiedział, skąd się tam wzięła. Przyjaciel usiłował dojść prawdy, ale bezskutecznie. A pełne magii i upojnego seksu spotkanie z Grace, skończyło się tak samo nagle, jak się, zaczęło. Do końca jego pobytu w Karpaczu, dziewczyna się nie pojawiła. Odwiozła go po dwóch dniach bez słowa. Stał przed bramą i patrzył za odjeżdżającym czerwonym fordem. Nie umiał zebrać się na odwagę, aby ją zapytać. Stał bezwolny, wpatrzony w odjeżdżający samochód i jedynie, do czego był zdolny, to ciężko westchnąć. Tomek, u którego mieszkał w wynajętej górskiej posiadłości, dwa tygodnie poszukiwał wraz z nim tajemniczej kobiety. Na próżno. Niebłaganie dla Aleksa zbliżał się czas powrotu do Anglii. Mimo to wciąż utrzymywali ścisły kontakt. Tomek i Aleks od lat byli przyjaciółmi. Pracowali też w jednej firmie. Ale teraz zbliżyła ich jeszcze bardziej sprawa z Grace. Zamęczał przyjaciela telefonami, mailami. Nie chciał odpuścić. Tomek czuł, że ta kobieta bardzo wiele znaczy dla Aleksa. A on z dala od nich, z dala od Polski nie umiał początkowo się odnaleźć. Londyn do tej pory postrzegany przez niego, jako najpiękniejsze, najcudowniejsze miasto, nagle stracił koloryt. Wpadł w dziwny nastrój. Ni to chandra, ni tęsknota zawładnęła jego ciałem i umysłem. Jedynie kontakt z przyjacielem pozwalał mu odzyskać równowagę emocjonalną. Kontakt nie tylko służbowy, ale przede wszystkim przyjaźni. Właśnie ona okazała się dla niego ratunkiem. Rozmawiali zazwyczaj tylko o Grace. Lata temu studiowali na Cambridge i od tamtego czasu byli nierozłączni i nie mieli przed sobą tajemnic. Znali się od wczesnych lat młodości, ale dopiero czas spędzony wspólnie na studiach utrwalił ich przyjaźń. Aleks nauczył się nawet dość dobrze mówić po Polsku. Często przyjeżdżał do Tomka, nie tylko dlatego, że byli zatrudnieni w tej samej firmie komputerowej – Aleks pracował w tak zwanej „bazie”, a Tomek w filii – obaj zajmowali się sprzedażą oprogramowania i byli w tym dobrzy. Tymczasem spakowane torby podróżne stały w holu. Aleks stał przed lustrem i poprawiając jasne, lekko falujące blond włosy uśmiechał się do swojego odbicia. Był wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną. Od dziecka uprawiał sporty. Był koszykarzem, pływakiem, a nawet grał w football, ale zawsze tylko amatorsko. Postrzegano go, jako wysportowanego faceta. Umięśnione ciało zdradzało lata treningu. Teraz poprawiając włosy, sprawdzając niejako sumienność, z jaką ogolił twarz, dostrzegł na dnie swoich zielonych oczu niewymowny smutek. Już nie tylko marzył o Grace, ale i jej pożądał. Widząc bezskuteczne wysiłki kolegi w odnalezieniu kobiety, sam postanowił wziąć zaległy urlop i połączyć go z tygodniowym służbowym wyjazdem. Chciał udać się do tego samego miasteczka położonego u szczytów góry, aby tam dowiedzieć się, kim jest i gdzie mieszka Grace. W drodze na lotnisko rozpamiętywał każdą chwilę, jaką z nią spędził. Były to dwa dni, dwa upojne dni, a raczej noce. Zawiozła go prosto z przyjęcia, klucząc po górskich drogach, do małego domku. Jedynie raz był na zewnątrz, gdy zaplanowała dla niego niespodziankę i poprosiła, aby udał się na krótki spacer. Wykonał posłusznie jej polecenie, ale ogólnie rzecz ujmując, nie wiedział, w jakiej części Karpacza się znajdują. Wszystko, co mu nakazywała, wykonywał bez słowa sprzeciwu. Coś było w tej kobiecie, co zmuszało go do bycia uległym. I taki był. Gdy wrócił tego pamiętnego wieczoru ze spaceru, niespodzianka okazała się o wiele lepsza od poprzedniej. Usidliła go najpierw swoim spojrzeniem migdałowych oczu i purpurą ust. Olśniła cerą świeżej brzoskwini i ciałem, którego mogłaby jej pozazdrościć każda z mitycznych bogiń. A bujność i niesamowity kolor włosów, ich blask, olśniewał czernią. Dziś, gdy od tych chwili minęło niemal pół roku, nie mógł doczekać się spotkania z nią. Mimo iż szansa na to była wysoce nieprawdopodobna. Mimo to wierzył. Za każdym razem, gdy szedł spać, zatapiał się w jej objęcia. Sny od kilku tygodni stawały się niepokojąco erotyczne. Przesycone pożądaniem i nią, Grace. Co noc kochał się z nią. Pozwalał raz jeszcze na to wszystko, co robiła z nim i jego ciałem. Był posłuszny i bezwolny, ale jednocześnie czuł, że ona oddaje mu siebie całą i to bez reszty. Tak było co noc, od kilku miesięcy. Jawa i sen, wszystko się mieszało. Sny zaczęły regularnie się powtarzać. I zawsze było tak samo. Mało mówiła, odpowiadała wymijająco na jego pytania dotyczące tego, gdzie mieszka czy jak się nazywa. Mimo to miał wrażenie, że wszystko inne odsłaniała przed nim bez oporów. Mówiła do niego poprzez swoje ciało. Poprzez dotyk rąk i pocałunków. Mówiła do niego, gdy śnił. I mówiła na jawie. Aleks zrozumiał, że Grace zawładnęła nim bez reszty, zawładnęła umysłem, ciałem i wniknęła w sny, i w jego dni. Nawet teraz. Z zamyślenia wyrwał go głos stewardesy. – Proszę zapiąć pasy. Za chwilę lądujemy. Rozejrzał się, zdziwiony. Był tak pogrążony w rozmyślaniach i wspomnieniach, że nawet nie usłyszał komunikatu. Szybko wykonał polecenie jasnowłosej stewardesy. Wylądowali. Idąc przez halę, nadal był pogrążony we wspomnieniach. Tylko one przynosiły mu ulgę. Bagaże odebrał niemal automatycznie. Na zewnątrz wiatr musnął go po twarzy. Słońce wraz z łagodnym zefirkiem opłynęło ciepłem jego ciało. Rozejrzał się. Tomek stał nieopodal. Rozglądał się uważnie. – Cześć! – zawołał, gdy ich spojrzenia się spotkały.
– Hej! – Aleks również ucieszył się na jego widok. Do bagażnika opla wrzucili torby. Wsiedli szybko do samochodu. Ruszyli. Wrocław to piękne, lecz niezbyt dobrze znane mu miasto. Było dla niego swoistą pułapką ulic, uliczek, przy których pięły się ku niebu budynki. Dlatego przyjaciel zawsze odbierał go z lotniska.
 – Jutro pojedziemy do Karpacza – zakomunikował Tomek. – Dziś odpoczniesz, pośpisz, a wieczorem wpadniemy do baru. Umówiłem nas z ekipą – dodał, nie ukrywając swojego zadowolenia. Był brunetem z wiecznie rozwianymi, lekko skręconymi włosami i spojrzeniem tak błękitnym, że mogłoby konkurować z bezchmurnym niebem.
 – Dobrze. Czy w międzyczasie dowiedziałeś się czegoś w sprawie Grace? – dopytywał się Aleks. – Chłopie, niebo i ziemię poruszyłem, aby się dowiedzieć, kim jest i skąd się wzięła na przyjęciu. Ale w sumie niewiele wiem. Anka powiedziała mi, że jedyny w okolicy mały czerwony ford należy do rodziny Gandułów. Oni wypożyczają samochody. Więc pójdziemy tym tropem. I drugi, lecz bordowy, należy do wnuczki właściciela domku, który stoi na peryferiach Karpacza. Zapomniałem ich nazwiska. – Tomek wyglądał na zakłopotanego. Aleks mu nie przerywał.
– Ale tak naprawdę nikt nic nie wie. A nasz Antoni, właściciel posesji, twierdzi, że w okolicy jest tylko jeden mały domek pasujący do twojego opisu. Jednak tam nie rosną dęby, tylko potężne sosny. I że jest ponoć od ponad dwóch lat do sprzedaży. Jego właściciel nie żyje, a dalsza rodzina chce go sprzedać.
– Może ona jest tą „dalszą rodziną”? – Aleks spojrzał wymownie na kolegę.
 – Tego jeszcze nie wiem… cholera, ale korki – wtrącił nagle.
Ulica przed nimi pełna kolorowych aut, stała się istną tamą. Po godzinie dojechali na miejsce. Dom kolegi usytuowany był nieco na uboczu, w pięknej willowej dzielnicy. Dwupiętrowy, otoczony kwiatami i zielenią drzew. Weszli do środka. Torby Aleksa zostały w korytarzu, a obaj mężczyźni udali się do przestronnego, widnego salonu. – Tomku, nie wiem, czy dęby, czy sosny były wokół tego domku, ale wiem jedno, że gdy mnie wiozła, strasznie kluczyła, jakby celowo. Tomek słuchał go z uwagą, nalewając jednocześnie napoju. Kostki lodu dzwoniły w wysokiej szklance, gdy go mieszał. Aleks odebrał po chwili z jego rąk orzeźwiający sok. Pił łapczywie. Przyjaciel usiadł obok niego na sofie z taką samą szklanką w dłoni i lekko westchnął. Okna balkonowe, w pełni otwarte, pozwoliły wiatrowi na zajęcie przestrzeni salonu. Wypełnił go po chwili nie tylko wiatr, ale i zapach kwiatów z ogrodu.
– Pamiętam twoje słowa. Darek, współorganizator zabawy sylwestrowej, i ja dwukrotnie usiłowaliśmy odtworzyć tamtą trasę. Darek, jako stały bywalec Karpacza, zna każdą z uliczek, a Anka tam mieszka od kilku lat. I oboje niczego się nie dowiedzieli, chociaż to właśnie Darek wskazał na ten domek. Podobnie jak i nasz właściciel pan Antoni. Człowiek ten bez wahania potwierdził przypuszczenia Darka, ponieważ tylko ta chata pasowała do twojego niezbyt, przyznaj uczciwie, opisu.
– Zgadza się. Ale pamiętaj, że była noc, potem śnieżyca i to wszystko razem skutecznie utrudniło mi nie tylko powrót do was, z czego akurat byłem zadowolony, ale i możliwość zorientowania się, gdzie tak naprawdę się znajduję. A Grace wciąż pozostawała tajemnicza i małomówna. Każde moje pytanie zbywała dyplomatycznie. A potem… Sam wiesz… Potem wieczorem, nocą… – urwał.
Nie był zażenowany, ale znów się rozmarzył. Sam już nie wiedział, za czym tęskni bardziej, za Grace – kochanką, czy Grace – kobietą. W jednym musiał przyznać jej rację. Był tylko jej. Nie potrafił zbliżyć się już do innej, choćby nie wiem jak atrakcyjnej dziewczyny. Nawet raz sam sprowokował taką sytuację. Nic z tego nie wyszło. Pełna kompromitacja, ale wbrew pozorom ucieszył go ten fakt. Bo pamiętał jej słowa:
 – „Od dziś, od tej nocy będę tylko twoja, a ty będziesz tylko moim kochankiem Aleksie O ‘Ray.” I był. Ale czy ona również była? Tego nie mógł wiedzieć.

 ***

 Jazda klimatyzowanym oplem Tomka okazała się samą przyjemnością. Tu, w Polsce, lato było upalne. Góry wyłaniały się zza horyzontu. Aleks rozglądał się ze sporym zainteresowaniem. Na jego twarzy malował się zachwyt. Zimą było wszędzie tak biało, choć nie monotonnie, ale to lato w jego mniemaniu ukazało mu dopiero całe piękno, którego wcześniej nie był w stanie, poprzez potężne czapy śnieżne, dostrzec.
 – Ale widoki! – stwierdził dość głośno, lekko przekrzykując płynącą z czterech głośników muzykę. Tomek ściszył ją po chwili.
– Góry o każdej porze roku przyprawiają o zawrót głowy – podsumował nieco rozbawiony przyjaciel.
– Być może Tomku, ale ja z tej zimy pamiętam tylko ją, Grace – westchnął.
– Aleks, ty naprawdę masz bzika na punkcie tej laski – znów zabrzmiał głos kolegi.
– Co mam? Bzika? Nie rozumiem. Co to jest „bzik”? Tomek wydał się rozbawiony jego pytaniem, lecz wiedział, że Aleks nie zna wszystkich polskich, dość specyficznie brzmiących słów.
– Crazy, do you understand? Fioła? Szaleństwo? Rozumiesz już?
– Aha – Aleks kiwnął twierdząco głową. – Tak, oszalałem na jej punkcie – dodał po chwili. Był poważny.
Nie żartował. Dojeżdżali. Tym razem Tomek wynajął mniejszy domek letniskowy, położony również na obrzeżach miasteczka. Było tu równie pięknie, by nie powiedzieć bajecznie. Po rozpakowaniu rzeczy i w miarę „zadomowieniu się”, ruszyli do miasteczka. Tłum turystów był widoczny i o tej porze roku. Zresztą, jest on widoczny o każdej porze. Weszli do pierwszej napotkanej restauracji. Obiad syty i smaczny zaspokoił ich uczucie głodu. Gruby mięsisty schabowy, ziemniaki okraszone górą skwarków, a do tego surówka z kiszonej kapusty. Tomek w międzyczasie wykonał kilka połączeń z telefonu komórkowego i umówił ich na spotkanie z właścicielem posesji, która była wynajęta zimą. Pan Antoni Kostrzewa oczekiwał ich za godzinę. Anka, mieszkająca na stałe w Karpaczu, dołączyła do nich po kilkunastu minutach. Zamówiła małą kawę i sernik. A gdy Aleks i Tomek dopili chłodne piwo i wyszli z restauracji.
– Aleks, robiłam zwiad przez ten cały czas. Wybacz, że ci to mówię, ale tak mnie zamęczałeś mailami, telefonami, że przez ciebie i tę twoją Grace nie mogłam zmrużyć oka. Ale chyba coś mam – dodała tajemniczo, z uśmiechem.
Obaj mężczyźni aż przystanęli. Widząc zaciekawienie, malujące się wyraźnie na ich twarzach, również stanęła. Poprawiła grzywkę, a mieniące się w słońcu długie, kasztanowe włosy odrzuciła jednym zwinnym ruchem w tył. Spłynęły kaskadą po jej odsłoniętych plecach. Sukienka w kolorze jasnej zieleni pięknie kontrastowała z opalenizną. To piękno dostrzegał jedynie Tomek. Aleks patrzył na nią jak na skarbnicę upragnionej wiedzy.
– Panowie, o ile dobrze zostałam poinformowana, ta dziewczyna mieszka w Krakowie. I jest wnuczką nieżyjącego właściciela domku. Niejakiego Piotra Karpińskiego, który nie pochodził stąd, z gór. Był krakusem, jak mawiamy, oczywiście bez obrazy dla mieszkańców Krakowa – wtrąciła, ale widząc niepokój na twarzy Aleksa, że odbiega od tematu, szybko dodała:
– Ta twoja Grace została spadkobierczynią tego domku. I ma tu zamieszkać.
– Ostatnie zdanie zabrzmiało wręcz triumfalnie.
– Czy jest tu teraz? – dopytywał się Aleks w drodze do domu pana Antoniego.
– Nie. O ile wiem, nie ma jej w Karpaczu. Moja znajoma twierdzi, że Grace ma przyjechać dopiero za tydzień lub dwa, aby dopełnić formalności spadkowych.
– O cholera! – głos Aleksa rozniósł się echem po okolicy.
– O… Widzę, że bez najmniejszego problemu przeklinasz po Polsku – Anna wydała się tym faktem zdziwiona.
– Sorry, ale kiedy ona tu przyjedzie, to ja akurat będę musiał wyjeżdżać. – Jego głos był naprawdę smutny. – Aleks, mam pomysł – powiedział Tomek w chwili, gdy stali już przed piękną bramą domu pana Antoniego. – Pojedziemy do Wrocławia za dwa, trzy dni. Szybko załatwimy sprawy z kontraktem i wrócimy do Karpacza. Po prostu przesuniemy wszystko w czasie. Najpierw sprawy służbowe, a potem… Potem już tylko Grace. – Tomek wydawał się zadowolony z pomysłu. Aleks nie do końca był przekonany, czy z jego realizacją pójdzie im tak łatwo, jak brzmiało to w ustach przyjaciela. Ale nie było czasu na rozważania. W drzwiach domu stał gospodarz, krępy siwiejący mężczyzna, i zamaszystym ruchem rąk zapraszał ich do środka. Weszli. Pan Antoni wraz z żoną Aliną podczas sutego poczęstunku, mimo zapewnień gości, że już jedli, wdali się w przydługą opowieść o dziadku Grace. Mówili o tym, kiedy i dlaczego tu przyjechał, jakim był dobrym, sympatycznym człowiekiem. I że zawsze odwiedzała go trójka młodych ludzi. Chłopak, ponoć wnuk i ona, Grace. Czasem też, choć rzadko, przyjeżdżała jeszcze jedna dziewczyna. Lecz o niej nic nie wiedzieli. Te wiadomości nie były tak zajmujące, ani zbytnio interesujące dla Aleksa i jego przyjaciół. I dopiero ostatnie zdanie wypowiedziane przez pulchną, rumianą niczym pączek panią domu, było bardzo ciekawe.
 – Panie Aleksie, muszę panu powiedzieć, że dziewczyna, o której my mówimy, nie ma na imię Grace, dlatego początkowo ja i mój mąż sądziliśmy, że nie znamy dziewczyny z opisu pana Tomka, a więc i pana. Ale gdy połączyliśmy fakty, okazało się, że o nikim innym nie może być mowy, tylko o naszej kochanej Grażynce.
– Grażynce? – Wyraz oczu Anny oraz Tomka był wystarczająco czytelny dla pana Antoniego i jego żony.
– Tak, tak, moi kochani. Widzę, że jedynie ta wiadomość, wbrew pozorom, nie zrobiła większego wrażenia na panu Aleksie – mówiąc to Alina przechyliła głowę, bacznie przyglądając się młodemu człowiekowi. Ten tylko się uśmiechnął i odparł: – Grażynka, równie pięknie jak Grace.
 – Ale ja wiem, dlaczego to imię panu podała – kontynuowała gospodyni o włosach białych jak śnieg zimą. – Dziewczyna ponoć urodziła się w Stanach Zjednoczonych. Jej rodzice byli zatrudnieni w konsulacie czy coś takiego. I nasza Grażynka mieszkała w USA kilka lat. Tam chodziła do szkół i tak dalej. Nasza znajoma Ludmiła, żona Kazimierza… Oj, nieważne kto to taki, bo się za plączemy. – Wtrącała nagle kobieta, dolewając gościom napoju. Usiadła, po czym niemal jednym tchem zaczęła mówić. – Ludmiła przez kilka lat opiekowała się Piotrem. Ciężko chorował i to ona opowiedziała mi, co nieco. A ta pana Grace, czy jak kto woli Grażynka, mieszka w Krakowie. Jest tłumaczem – sięgnęła po filiżankę z kawą. Mały łyk i ponownie kontynuowała wypowiedź.
– Ale coś z nią jest nie tak…Wciąż jest sama. I jak przyjeżdża, to nawet z nikim specjalnie nie pogada. Taki z niej odludek. Chodzi sama na długie spacery, sprawia wrażenie, jakby naprawdę unikała ludzi. Moja znajoma, ta Ludmiła, opowiedziała mi dość dziwną historię – kobieta ściszyła głos, jakby to, co ma zaraz powiedzieć, było tajemnicą. – Mianowicie, gdy Piotr zachorował, Grażynka przyjeżdżała dość często, chłopak nie za bardzo, ale ona tak. Pomagała w opiece Ludmile i to ona płaciła jej drobne sumy za jej zaangażowanie. Ludmiła nie chciała tych pieniędzy, ale widząc zakłopotanie w oczach dziewczyny, uległa prośbom. Ale nie o tym chciałam mówić. – Alina wydawała się teraz zła sama na siebie. Uśmiechnęła się przepraszająco i dodała: – Gaduła ze mnie, ale przechodząc do sedna. Ponoć Grażynka miała w Stanach narzeczonego czy nawet męża, ale coś poszło nie tak. Wróciła do Polski sama, bez rodziców i bez tego mężczyzny. Od tamtej pory, jak sama powiedziała Ludmile, „coś w niej umarło”. Odizolowała się od ludzi. Moja przyjaciółka nie zna bliższych szczegółów. Zresztą ta opowieść wymknęła się dziewczynie, gdy umierał Piotr. Ponoć bardzo płakała i szeptała w kółko: „Że znów zostanie sama…” Żadna z nas nie wie tak naprawdę, co to miało oznaczać. I tylko tyle udało mi się dowiedzieć. – Na chwilę zamilkła.
– Natomiast ta druga dziewczyna, jak wspomniałam, była kilka razy. Nie wyglądała na zaangażowaną, ale na pogrzeb Piotra przyjechała. I to, na co wówczas Ludmiła zwróciła uwagę, to fakt, że obie były do siebie niesamowicie podobne, jak siostry bliźniaczki. Aleks niczym uczeń podniósł rękę ku górze.
 – Wszystko jest jasne. Jedynie słowo: „Odludek?” Nie bardzo rozumiem – był zakłopotany. Znał język gospodarzy, znał polski, ale nie znał wszystkich dość nietypowych określeń. Mało tego, wszystko to, co usłyszał, bardzo go zdziwiło i zasmuciło. Mąż? Narzeczony? Tego się nie spodziewał. Teraz, patrząc na gospodynię, usiłował nie zdradzić się przed nią i pozostałymi swoimi myślami. Czekał na jej odpowiedź. – No, mówiąc inaczej, Grażynka to taka samotniczka – poprawiła się Alina. – A ta druga nie lepsza. Wciąż chodziła ze spuszczoną głową. Unikała spojrzeń. I zaraz po pogrzebie wyjechała. Ludmiła mówiła, że ona i Grażynka są kuzynkami czy coś takiego. Częstujcie się moi drodzy – gospodyni nagle zmieniła temat. Uniosła się z krzesła i podsuwając paterę z ciastem, nakłaniała do poczęstunku. Z grzeczności każdy z nich wziął kawałek sernika. Był wyjątkowo smaczny. Aleks czuł jednak niedosyt. Niedosyt informacji. Oczekiwał czegoś bardziej konkretnego, ale i tak był wdzięczny gospodarzom i przyjaciołom.
Za oknami słońce chowało się za szczyty gór, gdy powoli zbierali się do wyjścia. Jeszcze trochę czasu spędzili u bardzo miłego starszego małżeństwa, ale w końcu musieli się pożegnać. Wyszli. Na dworze wciąż panował upał. Góry i, wtapiające się w ich nieco ośnieżone szczyty, słońce, wyglądały tak, jak wyjęte z kart baśni. Ale Aleksowi tym razem nic nie wydawało się wystarczająco piękne. Znów
popadł w swój dziwny nastrój. Oscylując między smutkiem a otępieniem, między chandrą a bezmyślnością, wydawał się obojętny na to, co go otaczało. Dostrzegł to Tomek. Nie umiał pocieszyć przyjaciela. Żadne słowa nie byłyby trafne. Zbliżał się wieczór. Anka pożegnała się z nimi, choć Tomek miał według niej inne plany. Usiłował namówić dziewczynę na wspólny wieczór przy dobrym piwie i filmie. Nie skorzystała. Siedzieli więc sami z Aleksem na miękkiej sofie. Z radia płynęła subtelna melodia. Telewizor ział czernią. Żaden z nich nie miał ochoty na oglądanie filmu. Woleli rozmawiać. A i też o żadnej imprezie nie było mowy. Aleks nadawał się raczej na mszę żałobną niż na weselne przyjęcie.
– Aleks, tak nie można. Chłopie. Zacznij żyć. Wcześniej czy później traficie na siebie. Jeśli jesteście sobie pisani, to nic was nie rozdzieli – mówiąc to, Tomek poklepał przyjaciela po ramieniu. A ten tylko pozornie się uśmiechnął. Był to raczej grymas.
– Chciałbym, aby to odbyło się raczej wcześniej, niż później – westchnął. Nie żartował. Tomek bezradnie rozłożył ręce.
– Napijemy się piwa? – zaproponował. Aleks twierdząco kiwnął głową. Tomek poszedł do małej kuchni, raczej aneksu, w którym wyjął z lodówki chłodne napoje. Dalsza rozmowa się nie kleiła. Być może dlatego, że Aleks albo był monotematyczny, albo popadał w zadumę.
Zapadła noc. Kolejna noc bez Grace, ale zjawiała się we śnie. Tak samo piękna jak na jawie. Stanęła obok niego. Był nagi, nagi jak ona. Dotykała i głaskała go na przemian. Raz jego, a raz siebie. Uśmiechała się przy tym tajemniczo i lekko mrużyła oczy. Była tak realna, tak fantastycznie rzeczywista, że aż niewiarygodna zarówno w swoim pięknie, jak i obecności.
– Pragniesz mnie? – szepnęła. – Tak, Grace. Bardzo. Gdzie jesteś? Jak mam cię odszukać? – pytał rozgorączkowany. Dłonie jego bogini musnęły go po podbrzuszu. Napiął mięśnie.
– Nie rób tak. Nie wolno – jej twarz wyrażała rozgniewanie, ale tylko przez ułamek sekundy.
– Nie szukaj mnie. Ja znajdę ciebie – dodała w chwili, gdy zsuwając się wzdłuż jego ud, kucnęła na wysokości bioder.
Nie musiał długo czekać na kolejny ruch. ….{fragment}
.
.
.
 Otworzył okno, nabrał powietrza do płuc i wtedy ogarnęła go przemożna chęć zawołania w tę ogromną przestrzeń. Omal z jego ust nie wyrwało się tłumione pragnienie wykrzyczenia imienia tej, o której śnił. Powstrzymał się w ostatniej sekundzie i jedynie nieco głośniej wypowiedział imię. Imię kobiety, która nawet we śnie potrafiła pobudzić jego zmysły. Spowodować, że jego umysł nie był w stanie zapanować nad ciałem. Całkowity brak kontroli, pomyślał, gdy domykał jedną z połówek okna. Wiatr ochoczo
zabawiał się firanką. Kołysała się nad parapetem niczym ona. Niczym Grace nad jego ciałem, wtedy i w każdym śnie, od tamtego czasu. Siedział na łóżku rozpamiętując sen i jawę równocześnie. Na moment stracił poczucie czasu i rzeczywistości.
 – Aleks! Śniadanie! – doszedł go głos przyjaciela. Ale on nie miał na nic ochoty.
– Już schodzę! – mimo to odparł. Szybki prysznic nieco ostudził wciąż drzemiące pod jego skórą pożądanie. Tomek jak prawdziwy szef kuchni smażył kolejną porcję jajecznicy. Na stole pokrojone pomidory, szczypior i Bóg raczy wiedzieć, jaka jeszcze zielenina dopełniała chaosu mistrza kuchni.
– Tak ma być. Nie sprzątaj – prawie skarcił przyjaciela, gdy ten usiłował zapanować nad tym, co walało się na stole. Usiadł posłusznie, a po kilku sekundach Tomek postawił przed nim ogromny zielony kubek z kawą. – Słódź sobie, ile chcesz, dogadzaj śmietanką a ja dokończę smażenie – stwierdził, podchodząc do kuchenki i patelni, na której w niemiłosiernym ukropie, skwierczeniu, usiłowały przetrwać jajka. Zbielały, a za chwilę zarumieniły się, aby na końcu nieco zbrązowieć… i sczernieć.
– Cholera! Przypaliły się! – głos przyjaciela był o wiele donośniejszy niż halny w górach. Echo rozniosło się po domku. Aleks odruchowo zakrył rękoma uszy.
– Stary, bębenki mi pękły – zakomunikował.
– Nie przesadzaj… – kolega mówiąc to, wrzucał nieszczęsną jajecznicę do kubła na śmieci.
– Musi nam starczyć tylko jedna porcja. Zjemy po pół.
– Nie mam apetytu – Aleks dolał sobie kawy. To było jedne, na co miał w tej chwili ochotę. – Nie mów mi nawet takich rzeczy – przyjaciel wydawał się autentycznie oburzony.– Śniadanie musi być królewskie, obiad i kolacja niekoniecznie. – Zasiadł do stołu. Przed nimi, na talerzach, spoczywało biało-żółte coś, co miało być jajecznicą, a okazało się elegancką ciapką ozdobioną plastrami pomidorów, ogórków i kukurydzy. I to one ułatwiły zaakceptowanie tej papki, a nawet jej konsumpcję.
 – Śniadanie mistrza – zachichotał Tomek. – Nie zaprzeczam – równie rozbawiony odparł Aleks. Nie minął kwadrans, gdy uznali, iż starczy im owego czegoś, co miało być jajecznicą. Dorzucili kilka bułek z serem do menu i niemal pół dzbanka kawy z mlekiem i zakończyli owe „śniadanie mistrza”. Aleks zaczął zmywać naczynia, Tomek, jak miał od rana w zwyczaju, wykonywał połączenia do znajomych i przede wszystkim do pani Oli. Sekretarki szefa. Kobieta wysłuchała jego słów pełnych obietnic i brzmiących z autentycznym zaangażowaniem i na koniec wpisała ich obu do terminarza spotkań szefa. To z nim musieli najpierw omówić spotkanie z nowym klientem.
 – Taktyka i dyplomacja przede wszystkim – powiedział po zakończonej rozmowie z panią Olą. – Jesteśmy umówieni na wtorek, na czternastą. Mamy więc trzy dni. A do tego czasu będziemy imprezować. – Mówiąc to, wyglądał na bardzo z siebie zadowolonego.
– A Grace? – Co Grace? O niej na razie chłopie zapomnij. Co nie znaczy, że nie będziemy jej wypatrywać – dorzucił szybko, widząc grymas bólu na twarzy przyjaciela.
Ta odpowiedź usatysfakcjonowała Aleksa.

***

– Kochani! Zaczynamy balangę! – zawołał Robert jasnowłosy mężczyzna, stały bywalec pubów i dyskotek. Stał teraz pośrodku sali i zwoływał grupkę ludzi, będących jeszcze w przedsionku pubu. Po chwili wszyscy siedzieli już przy długiej drewnianej ławie. A na niej kolejno ustawiane były kufle z piwem. Aleks nie znał połowy z tych osób, ale to dość szybko nadrobiono. Robert i Darek, jedyni mu znani mężczyźni z tego grona, przedstawili go pozostałym. Kilku facetów i kobiet usiadło wzdłuż ławy. Każda upływająca minuta, a potem godzina oraz kolejny kufel z piwem powodowały, że wszyscy nie tylko się dobrze poznali, ale przede wszystkim dobrze bawili. Za oknem księżyc świecił tak jasno, jakby otrzymał ekstra doładowanie od Matki Natury. Gwiazdy zawisły w swoim majestatycznym blasku nad szczytami, nad miasteczkiem i nad Aleksem, gdy ten stał na tarasie, aby zaczerpnąć powietrza.
– Mieszkasz w Anglii? – usłyszał za sobą melodyjny głos kobiety. Odwrócił się. Przed nim stała drobna, filigranowa krótkowłosa blondynka. Błękit jej spojrzenia był ujmujący. Wszelkie krągłości uwidoczniała obcisła sukienka w kolorze świeżej wiśni. Była naprawdę ładna. Aleks chwilę się jej przyglądał. Dziewczyna poczuła się niepewnie. Wówczas uśmiechnął się i odparł:
– Tak. Jestem Anglikiem i mieszkam na stałe w Londynie. Tam też się urodziłem. – Wyczerpująca odpowiedź – uśmiechnęła się. Miała śnieżnobiałe zęby. Równie drobne jak ona, małe perełki.
 – Jestem Natalia. – Aleks – uchwycił jej wyciągniętą dłoń.
– Wiem. Jestem jedną z osób pośród tej rzeszy nieźle wstawionych ludzi, która udaje, że jest również pijana. A mnie to nie bawi i przestaje się mi podobać… – patrzyła na niego lekko przechylając głowę.
– Na długo przyjechałeś? – Prawie na miesiąc. A ty, gdzie mieszkasz? Tu, w Karpaczu?– Teraz on postanowił dowiedzieć się nieco więcej o dziewczynie. Dziewczynie, którą uznał naprawdę za wyjątkowo ładną, choć nie tak śliczną jak Grace.
– Mieszkam niedaleko Wrocławia. W Oławie. To takie fajne i niekoniecznie małe miasto. Choć co niektórzy tak je postrzegają. A ubiegając, być może twoje kolejne pytanie – znów ten uśmiech, niemal magiczny. Aleks, nie wiedząc, dlaczego nie mógł oderwać od niej oczu.
– Pracuję w banku, i na pół etatu z dziećmi. Jestem sama, co nie oznacza samotna – dodała kokieteryjnie.
– Mam sporo przyjaciół, psa oraz kota. A do tego jestem szczęśliwą posiadaczką własnego mieszkania. – Te słowa zabrzmiały niemal z dumą. Aleks już kilka lat temu zdążył zorientować się, jakie są realia w tym kraju dla młodych ludzi, więc fakt, iż tak młoda osoba, mająca niewiele więcej niż 25 lat jest w posiadaniu swojego mieszkania, był sam w sobie prawdziwym sukcesem.
– To gratuluję – pochylił się nad nią i szepnął. – Jesteś prawdziwą szczęściarą. I twoja wypowiedź była również bardzo wyczerpująca – dodał z uśmiechem.
– Tak, oczywiście. Nie mogłam ci być dłużna – roześmiała się. Wiatr bawił się jej włosami, unosił ku górze falbanę sukienki, odsłaniając opalone i niesamowicie zgrabne nogi. Aleks usiłował na nie spoglądać. Ale był to próżny trud. Mimo to dołożył starań, aby dziewczyna nie dostrzegła jego zafascynowania jej osobą. Starał się zachowywać i brzmieć naturalnie. Spojrzał jej w oczy. Westchnął. Były niczym ocean. Głębokie, przepastne i tajemnicze. Z jej twarzy nie znikał uśmiech. Widziała, jakie wywarła na nim wrażenie. Stała się jeszcze bardziej kokieteryjna. Bez wątpienia kusiła go. Swoim melodyjnym głosem, takimi samymi ruchami i spojrzeniem. Nazbyt wymownym. Gdy on usiłował oprzeć się jej urokowi, powiedziała:
– A twoje stwierdzenie, że jestem szczęściarą? – lekko przekrzywiła głowę. Widać było jej rozbawienie.
– Chodzi ci tylko o ten fakt mieszkania? – Wydała się też nieco zdziwiona.
– Nie tylko – odparł, ściszając głos i pochylając nad nią. Ich spojrzenia się spotkały. I on chciał być tajemniczy.
– Wracamy? – spytał, gdy napięcie między nimi zaczęło być wyczuwalne. Jakby otoczyła ich energetyzująca mgła, którą uwolniły buzujące w ich ciałach hormony.
– Za chwilkę. Doprecyzuj swoją wypowiedź – poprosiła, nie zwracając na nic uwagi. Ale były to pozory. Dostrzegł na jej ciele gęsią skórkę. Włoski jasne i krótkie uniosły się, jakby był dla nich swoistym magnesem. Ale też wyglądała teraz na rzeczywiście zaintrygowaną osobę.
– Jesteś szczęściarą, bo masz tylu przyjaciół, psa i kota… Ja nie mam nawet rybek. Nie byłbym w stanie im zapewnić należytej opieki. Wciąż jestem w drodze. Nosi mnie z jednego kraju do drugiego. Taki zawód
– spuentował. – A teraz możemy wracać? – dodał po chwili.
– A musimy? – Tym razem to jej ton głosu zabrzmiał jak wyzwanie.
– Teoretycznie nie musimy… ale chcemy? – Aleks poczuł mrowienie w całym ciele. Było ono w takim samym stopniu przyjemne, co zaskakujące.
 – Pytasz, czy stwierdzasz fakt? – Natalia była coraz to bardziej rozbawiona. On również. A może tylko skrywali pod tym nieco nerwowym uśmiechem swoje prawdziwe emocje? – Pytanie za pytanie.
– Nieco pochylił się ku jej błękitnemu spojrzeniu. Jakby chciał zajrzeć poprzez oczy tam, gdzie pod małą burzą jasnych jak słońce włosów, kryje się myśl. Do jej mózgu.
– Ktoś musi być pierwszy – nie ustępowała mu pola, ani w słowie, ani spojrzeniu, mimo iż dzieliła ich różnica wzrostu. Wspięła się na palce. Wyglądała przy tym zarówno ślicznie jak i kusząco.
– Pierwszy? W czym? – Zaczynała go bawić ta gra słów, lecz podążając za jej torem myślenia sam zaczął ją prowokować, lecz już inaczej, odważniej, bo dotykiem. Położył dłoń na jej ramieniu. Patrzył w jej oczy. Natalia w ogóle nie była skrępowana i w prowokacyjnym tonie szepnęła:
– Pierwszy w rzuceniu hasła – zaśmiała się przy tym. I nagle przystąpiła do ataku. Przysunęła się bliżej, uniosła ku jego twarzy głowę i, patrząc źrenica w źrenicę, oczekiwała na jego słowa.
– Hasła? – Naprawdę zaczynał gubić się w tych słowach i skrytych w umyśle dziewczyny oczekiwaniach. – Tak. Hasła – potwierdziła. Odważnie odwzajemniła dotyk. Jej ręka spoczęła na jego ramieniu, ale nie z tych powodów, których by oczekiwał. Odsunęła go nieco od siebie. Nie zaszło nic, co mogłoby zasygnalizować jej oczekiwania. Po prostu wykonała zwyczajny gest. Odepchnęła go na bezpieczną odległość. A gdy podchodziła do poręczy tarasu, odwróciła ku niemu głowę. Ten wzrok, ten wyraz oczu, tak pełne erotyzmu, zaskoczyły zupełnie Aleksa. Już wiedział, że Natalia wypuściła w jego stronę wszystkie kobiece wabiki. Dał się złapać. Chciał tego. Stała na skraju tarasu, gdzie oprócz nich przy stolikach siedziało parę osób. Równie młodych jak oni i równie sobą zajętych. Podszedł do niej od tyłu. Objął ją, delikatnie i nieco zmysłowo pochylił się nad jej uchem. Spontanicznie wciągnął powietrze. Pachniała różami.
– Podpowiesz mi to hasło? – Dopiero teraz dostrzegł, że sukienka w tym miejscu odsłania plecy. Gładka, jedwabista skóra rozbłysła milionami iskier. Blask światła z sali, a może gwiazd, czy księżyca malował się łuną na jej jakże aksamitnej skórze. Poczuł, jak po ciele zaczyna mu wędrować znajomy dreszczyk. Nagle pojął niepojęte.
– Przejdziemy się?
– Tak – odparła, ale on oprócz tego prostego stwierdzenia, składającego się z trzech liter, usłyszał jeszcze westchnienie ulgi. Szli, otuleni nocą, blaskiem gwiazd, ukołysani szumem wiatru, a z oddali do ich uszu dochodziła muzyka. Melodia była równie subtelna jak dotyk jego dłoni, gdy uchwycił jej rękę. Nie zaprotestowała. Aleks miał mętlik w głowie. Dał się ponieść chwili. Tak samo jak wtedy, z Grace. A może chciał zapomnieć o niej, przy niej, przy Natalii? Tak, jak wtedy chciał zapomnieć o Betty, przy Grace? Czy szukał za każdym razem w ramionach innych kobiet zapomnienia? A może poddawał się chwili, chwili, która mimo wszystko była wówczas dla jego cierpiącego umysłu wybawieniem? Tego nie wiedział. Walczył teraz ze sobą. Walczył z tym, czego zapragnęło jego ciało i umysł. Pragnął jej. Tomek, gdy wychodził z Natalią, dyskretnie uniósł kciuk. I lekko kiwnął głową. Aleks wiedział, że dom tej nocy należy do
niego i do niej, Natalii… Lecz nie wiedział, czy rzeczywiście ona tego chce. Kolejne minuty miały uchylić rąbka tajemnicy.
– Robi się późno. Odprowadzisz mnie do mojej kwatery. Mieszkam niedaleko stąd. – Wskazała pobliskie zabudowania. Piękne rzeźbione domki. Pozornie takie same, ale każdy inny.
– Dobrze. Odprowadzę –wyczuł w swoim głosie nutkę zawodu. Chrząknął, aby niczego nie dać znać po sobie.
– Przyszłaś sama na imprezę?- Usiłował zmienić temat. A może raczej zagłuszyć własne myśli.
– I tak… I nie – odpowiedziała dość enigmatycznie.
– To znaczy? – Aleks nie odpuszczał. Przyszło mu nagle do głowy, że może ten dość krzykliwy Robert jest kimś ważnym dla Natalii. Przypomniała mu się chwila, w której stała z nim przy barze, ważko o czymś rozmawiając. Ale Natalia nie wydawała się tą rozmową uszczęśliwiona. Zdziwił się, że dopiero teraz ją sobie przypomniał, że wcześniej, ani później jej nie dostrzegł. Do momentu, w którym to ona nie zaczepiła go na tarasie. A przecież jest tak śliczna, pomyślał, spoglądając na nią spod swojej rozzuchwalonej grzywki. Natalia stanęła, spojrzała uważnie i bardzo rozważnie w jego oczy i spytała:
– Interesuje cię to, czy mam chłopaka? Czy jestem z kimś?
– Wiesz… – Aleks poczuł zakłopotanie – w sumie powiedziałaś mi wcześniej, że jesteś sama, ale nie samotna… Więc przyznasz, że nie jest to dość precyzyjne stwierdzenie.
– Jestem sama. Sama z wyboru. Nikt mnie nie porzucił ani ja nikogo. A sam seks mnie nie satysfakcjonuje i choć to zabrzmi dość romantycznie, czekam na mojego „księcia  z bajki”
 Aleks zobaczył w jej oczach coś dziwnego. Smutek? Nie wiedział, ale wyraz oczu dziewczyny wydał mu się w tym ułamku sekundy najpiękniejszy. Dotknął jej policzka. Nie wiedział, dlaczego uruchomiał się w nim ładunek życzliwości i przede wszystkim szczerości. – Ja nie jestem „księciem z bajki” – odparł. – Jestem taki sam jak inni faceci. Tak mi się wydaje – wtrącił, ponieważ prawie go przeraziła ta szczerość słów. – Ale jest w tobie Natalio takie piękno, obok którego nie można przejść obojętnie. Niech więc nie dziwi cię fakt, iż mężczyźni cię pożądają, niemal rozbierają wzrokiem. Bo jesteś zjawiskowa i wyjątkowa. – Chcę być kochana Aleks – ona również była szczera. – Ja też tego bym chciał Natalio. Wierz mi. Pragnę kochać i być kochany, lecz życie do tej pory oferuje mi jedynie namiętny seks z pięknymi kobietami i nie dając nic więcej. – Może nie chcesz niczego więcej? – Wciąż stali, gdzieś pomiędzy prawdą a jej ulicą. Gdzieś pomiędzy pragnieniem a celem drogi. I żadne z nich nie miało ochoty usłyszeć: „Do widzenia” – Chcę Natalio. Naprawdę chcę, ale mam wrażenie, że to właśnie kobiety oczekują ode mnie tylko jednego. Seksu. Dziewczyna wyglądała na zdziwioną jego słowami. Co rusz kręciła z niedowierzaniem głową. A patrząc mu prosto w oczy powiedziała: – Dają ci dokładnie tyle, ile ty dajesz im. Boją się być zranione, więc skoro nie czują od ciebie zaangażowania, a jednocześnie pragną być z tobą, na pewno kierują się skrytymi wewnętrznymi pragnieniami, może nawet miłością, ale nie mogą się przed tobą odsłonić z obawy przed odrzuceniem. To ty blokowałeś swoje kobiety. Wiesz, to tylko takie moje przypuszczenia – ton jej głosu zabrzmiał teraz mniej atakująco. Stał się raczej przepraszający.
– Dziwne jest to, co mówisz, ale może masz rację. – Aleks nie czuł się urażony. Głową teraz wskazał w kierunku, jednej z ławek, którą dostrzegł pośród zieleni krzewu. Usiedli. Zdjął swoją bluzę. Narzucił na jej plecy, a ona wtulając się w nią, podziękowała gestem głowy i swoim jakże ciepłym, serdecznym uśmiechem.
– A ty Natalio zawsze byłaś szczera ze swoim mężczyzną? Przepraszam, że o to pytam, wiem, to osobiste pytanie, ale jeśli… – znów poczuł się niezręcznie, urwał wypowiedź. Nie wiedział, jak ma ją dokończyć. – Z moim facetem? – niemal bezwiednie powtórzyła jego pytanie. Zamyślała się, jakby coś rozważała. Jakby zastanawiała się, czy może być tak szczera przed nieznajomym człowiekiem. A do tego mężczyzną. W pewnym momencie kiwnęła głową, jakby wyraziła zgodę na własną prawdomówność. – Nie miałam jeszcze „swojego faceta” – zaśmiała się nerwowo i tym razem już nie patrzyła prowokacyjnie w oczy Aleksa. A on znieruchomiał. Tej odpowiedzi się nie spodziewał.
– Chcesz przez to powiedzieć… – poruszył się nerwowo. Nie wiedział, jak skończyć zdanie. Lecz Natalia przyszła mu w sukurs.
– Tak. Chcę przez to powiedzieć, że jestem dziewicą. Aleks uniósł nie tylko brwi ze zdziwienia, ale i jego ciało automatycznie podążyło za nimi. Wyprostował się i pochylając się po chwili w jej kierunku szepnął:
– A więc miałem rację mówiąc, że jesteś „Wyjątkowa”. Uśmiechnęła się nieco zażenowana. – Ale musisz przyznać, że umiem dobrze grać „Obytą”- powiedziała, już będąc bardziej swobodną, a ostatnie słowa zostały przez nią zaakcentowane, tonem i gestem głowy, w postaci kiwnięcia. Mina, którą przy tym zrobiła, była bardzo adekwatna do tonu jej wypowiedzi. – O tak. Przyznaję. Te twoje „gierki słowne” na tarasie nieźle mi namieszały w głowie – teraz i on się zaśmiał. Oboje odetchnęli mimo wszystko z ulgą. Atmosfera powagi i ciążącego im zdziwienia i zażenowania mocno dała się obojgu we znaki. Czas płynął bezlitośnie. Zbliżała się północ. A oni wcale nie mieli ochoty na rozstanie. Mimo to dziewczyna spytała ponownie:
– Odprowadzisz mnie?
– Oczywiście. – Aleks wstał, podał jej rękę, którą delikatnie uchwyciła i ruszyli przed siebie. Temat ich rozmowy był inny. Nie trwał jednak długo. Stanęli przed jej domkiem, gdzie dwa bernardyny gospodarzy hardo zaczęły ich obszczekiwać. Weszła na podwórze. Aleks stał przed furtką. Odwróciła się i nagle ku jego ogromnemu zdziwieniu spytała:
– Wejdziesz? – Ton jej głosu oraz spojrzenie były jednoznaczne. Aleks odczytał to bezbłędnie.
– Jesteś tego pewna?
– Tak – szepnęła. Wyczekująco spojrzała w jego stronę. Po chwili w jej oczach rozbłysły chochliki. Patrzyła na nieco zaskoczonego Aleksa wyzywająco. Czy tak było naprawdę? A może po prostu dobrze udawała? Nie wiedział….
.
.
.
{fragment}

 

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

ZAPRASZAM kolejna dobra recenzja OBSESJI


Kolejna recenzja OBSESJI

 
Zapraszam do zapoznania się z kolejną recenzją powieści mojego autorstwa OBSESJA 
To nie tylko erotyk, to nie tylko powieść mówiąca o nieszczęśliwej, czy też szczęśliwej miłości, ale jest to książka, w której usiłuję przedstawić Ci miłość, opisać ją, we wszystkich znanych i mnie odcieniach. Od zauroczenia, po- właśnie- obsesję. Kto będzie jej”przedstawicielem” -one, kobiety, czy on, Aleks? Zapraszam Cię…teraz, dziś, do recenzji { jednej z bardzo wielu} równie dobrych, a potem do książki. 

http://ksiazka-od-kuchni.blogspot.com/2014/04/obsesja-marta-grzebua.html  RECENZJA

 
 
TU KUPISZ tę powieść 
 

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

WESTCHNIENIE AMANDY przedpremierowo


Recenzja WESTCHNIENIE AMANDY

KOPIA WPISU- RECENZJI z bloga Ewy Formelli – KSIĄŻKI IDY

piątek, 28 marca 2014
WESTCHNIENIE AMANDY – Marta Grzebuła
Marta Grzebuła
Marta Grzebuła to dość specyficzna osoba, która ma w sobie ogromne pokłady pasji pisania. Pisze wiersze, prozę, prowadzi blogi. W kręgach piszących i czytających jest odbierana różnie, jedni kochają jej twórczość, a inni ją bezkarnie krytykują. Pierwszy raz miałam okazję zapoznać się z jej twórczością, podczas „Wyzwania JUTRO”, kiedy przeczytałam „Dzień, który nie miał jutra”, wtedy również przybliżyłam czytelniczkom i czytelnikom mojego bloga osobę tej autorki.
Westchnienie Amandy
rok 2014
Westchnienie Amandy to proza współczesna. Jest to powieść obyczajowa, w której poznajemy grupę przyjaciół, a właściwie dwie bardzo serdeczne przyjaciółki Amandę i Basię. Obie kobiety są młodymi, samotnymi matkami, jednakże każda z nich została samotną matką w inny sposób. Amanda nie zdążyła powiadomić swojego chłopaka o tym, że zostanie ojcem, ponieważ on wcześniej odszedł od niej, natomiast Basia została wdową, kiedy jej dziecko było jeszcze całkiem małe. Któregoś dnia przyjaciele obu kobiet aranżują spotkanie Amandy z innym ich przyjacielem, również samotnym rodzicem. Natomiast Basia także poznaje pewnego mężczyznę i próbuje ułożyć sobie z nim życie po śmierci męża. Niestety któregoś dnia traci przytomność i w bardzo ciężkim stanie ląduje w szpitalu, jej życie wisi na przysłowiowym włosku, a uczucie zostaje poddane wyjątkowej próbie.
Oprócz Amandy i Basi poznajemy w tej powieści również inne osoby, na uwagę zasługuje starsze, bezdzietnie małżeństwo, które zajmuje się letniskowym (i nie tylko) wynajmem pokoi, u którego Amanda i Basia oraz reszta przyjaciół często spędza wolne weekendy i urlopy, z czasem traktując ich jak rodzinę.
Nie będę się rozwodziła nad stylem jakim posługuje się autorka, bo jest to opinia przedpremierowa i tekst, który ja dostałam do przeczytania jest dziewiczym tekstem, który zostanie jeszcze kilkakrotnie zredagowany i poddany korekcie wydawnictwa, zanim książka trafi do księgarń. Muszę jednak przyznać, że samą autorkę widzę bardziej w poezji niż w prozie. Styl jakim pisze swoje książki jest wyjątkowo poetycki, przy poprzedniej jej książce bardzo raziły mnie wszelkiego rodzaju zdrobnienia, w tej książce ich nie ma aż tyle, jest natomiast bardzo dużo, bajecznie poetyckich opisów zarówno natury jak i pogody, czy nawet ludzkich uczuć. Trzeba przyznać, że chociaż fabuła jest dość bajkowa, wyobraźnia autorki jest ogromna. W bardzo wnikliwy sposób przedstawione są ludzkie emocje i marzenia, a także uczucia łączące zarówno przyjaciół jak i potencjalnych założycieli nowych związków rodzinnych, oraz uczucia dzieci zarówno w stosunku do swoich rodziców jak i do innych osób. To co przytrafiło się Amandzie i Basi mogło spotkać wiele innych kobiet i pewnie niejedna czytelniczka znajdzie w którejś z kobiet cząstkę siebie i swojego życia.
Muszę przyznać, że sama fabuła jest tak skonstruowana i opisana, że czytając raz się śmiałam, a kilka stron dalej wzruszałam do łez. Jest to z pewnością dużym plusem dla autorki, która opisując z pozoru normalne życie potrafi wpleść tak skrajnie odbierane wątki.
Kiedy patrzę na okładkę widzę jedną z głównych bohaterek – Amandę, tak właśnie ją sobie wyobraziłam. Piękną, pogodną i pogodzoną z losem młodą kobietę, która mimo smutnych, jesiennych losów potrafi się uśmiechać i widzieć „tę jesień” w pięknych barwach, a nie tylko w smutnej szarudze.
Polecam książkę tym, którzy lubią literaturę typowo kobiecą, z pewnością ta książka bardziej zainteresuje kobiety niż osoby płci przeciwnej. Jest to ciepła, chwilami nostalgiczna opowieść, której wątki balansują na granicy prozy życia i bajecznych marzeń.

http://ksiazkiidy.blox.pl/2014/03/WESTCHNIENIE-AMANDY-Marta-Grzebula.html

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Z tomiku KORALE JARZĘBINY


WIERSZE z tomiku „Korale Jarzębiny”

25MAR

WIERSZE z tomiku „Korale Jarzębiny”

Z TOMIKU „KORALE JARZĘBINY „

Poezja jest mojego autorstwa i nie może być wykorzystana bez mojej zgody. Z. U 1994 nr 24 poz 83- autorka, Marta Grzebuła-Jarzębina.

© Copyright by Marta Grzebuła
Korekta –Autorska
Projekt graficzny i wykonanie okładki
Marta Grzebuła

 

 

 

Potęga miłości…

Opowiem Wam bajkę – słuchajcie uważnie
usiądźcie tuż obok przy ogniu – nie zgaśnie
rozświetlą ogniki radośnie wam twarze
a ja krainę nadziei pokażę…

Nie działo się to dawno
gór rzek też nie było
nie miasto to wielkie
i nie w wiosce było

To działo się w sercach
umysłach ich dwoje
nie mieli swego skrawka
choć kochali się oboje

Bo świat ten okrutnik
miejsca im nie przyznał
błąkali się wtedy w umyśle –
to była miłości ich własna ojczyzna

Jednym tam językiem władali oboje
jedną sprzężeni myślą trwali
wierząc, że oboje…
pokonają wszystko co na drodze stanie
nikt ich nie rozdzielił – to było kochanie

On niczym Romeo ona niczym Julia
lecz z czary nikt nie wypił
śmierci samolubna

Otulili się własną miłością i siłą
wciąż wierzyli w siebie i wierzyli w miłość
a kto z taką siłą i takim uporem ciągle wierzy, czeka
wiele dostać może…

Nadzieja bywa tarczą – wiara bywa siłą
a miłość jest jak klamra
– potężne spoiwo

Tak więc moje dzieci
miejcie na uwadze
że to rozum rządzi
z sercem idąc w parze

Z cyklu ” Malutkie westchnienie” 1996 r

OBLICZA ŻYCIA- OBLICZA LUDZI

Jestem motylem co igra ze słońcem
Jestem kolibrem frunącym pod wiatr
Jestem tym wszystkim co burzę przepełnia
Gromem piorunem i nocą za dnia

Jestem tym wszystkim od czego uciekam
Jestem tym wszystkim co ukryć też chcę
Jestem tym wszystkim co jest za daleko
bym mogła uwierzyć że lepszy jest dzień

Jestem tym wszystkim i nie ma mnie wcale
Jestem człowiekiem co zbyt słabym jest
Jestem tym wszystkim co we mnie umiera
co dusi otępia i pali mnie też

Nie mam już siły i nie mam też wiary
I nie wiem gdzie skryła się pani mych dni
I nie wiem gdzie miłość co serce wypełnia
nie wiem gdzie nadzieja co sensem ma być

Umiera powoli każde me pragnienie
zabija je chaos zabija je krzyk
I nie mam gdzie uciec i nie mam kryjówki
bym mogła ocalić to co prawdą chwil…

Oj życie życie tyś władcą okrutnym
Jednemu dajesz wszystko innym nie dasz nic
Tyś panią miłości i panią nadziei
Tyś panią i wiary…zechciej prawdą być

Lecz ci nie pozwolę zabrać mego piękna
co z takim uporem w mojej duszy tkwi
co z takim namaszczeniem hołubię od dziecka
że lepszy jest człowiek, niż pragniesz by był…

Styczeń 2011 r. Z cyklu ” Mój kącik prawdy”

BRAK SŁÓW…

Głupota ma setki imion,
miliony oczu i ust,
a jeszcze więcej ma jadu,
co spływa w dolinę dusz.

Gdzie jest ta twoja dobroć?
Gdzie serce, co trzymasz rzekomo, na dłoni?
Gdzie jest też twoja empatia?
…Sarkazm nie ciebie zaboli…

Nie baw się w” Kupidyna”.
Nie baw się ostrzem strzały.
Nie celuj zatrutym grotem.
Bo jesteś dla mnie za mały…

Twój płaszcz podszyty zazdrością
Na twarzy maska dobrego
Lecz oczy twe, jakież wrogie!
Gotowe, by zniszczyć każdego…

Każdego ,który ma lepiej.
Każdego, który się dźwiga.
Zazdrość pochłania ciebie.
i spala serc twych ogniwa.

Głupota i zazdrość to cecha
co niszczy w człowieku- CZŁOWIEKA!

20.092011 Z cyklu rozmowy z cieniem

Podarunek…Baśń czy prawda?

Na ścieżkach górskich, w bajkowej krainie
na saniach wśród śniegu, dziadek mrozek, płynie
Po zaspach i lodzie o chlebie i wodzie
by do nas dziateczek dotrzeć wbrew pogodzie.

A w domkach przy piecu co iskrami bucha
dziatwa sobie siedzi niecierpliwie słucha…
Śledzą sobie gwiazdki co błyszczą w oddali
jak mamy koralik co znalazł go Szarik.

Ta pierwsza jest moja druga twą być może
a inne rozdamy -rozświetlone zorze…
Czekają wpatrzeni w zamarznięte okno
na którym wicherek trochę z parą wodną…

namalował obraz jakże nierealny
więc chucha dziatwa mała by widok mieć ładny.
Czekają na prezenty na swoje marzenia
ale co dostaną? Czy plan się fakt zamienia?

Zasnęli zmęczeni to dała im chwila
jakże upragniona i sercu tak miła…
a dziadek mrozek zagląda przez ono
i patrzy z uśmiechem wchodząc bardzo wolno…

Nie chce ich obudzić zdradzić swoich planów
chowa pod choinką całe morze darów
a potem na palcach przez komin wychodzi
i złotym proszkiem sypiąc znak nadziei robi.

I kiedy ranek zaspany już wstaje
każde z małych dzieci prezent swój dostaje…
a na ścianach domu pobłyskując złotem
nadzieja się rozświetla ale zaraz potem…

Mama razem z tatą siadają do stołu
a dzieci z radością dają im obojgu
swoje małe dary serca wielkie czary
bo dzielą się z radością cząstkami swej wiary…

w… Miłość…
Grudzień 2007 rok. Wrocław

CO MI POWIESZ JESIENIĄ?

Ułożyłam liście dywanem u stóp
oplotłam ramieniem tęczę moich snów
rozkołysałam wspomnieniem każdą chwilę z tobą
zatopiłam się w barwach które niosłeś z sobą

Kiedy wniknęły w mą duszę promienie
kiedy wniknęły milionem barw
przepełniła mnie radość, że jesteś tuż obok
a liść się zagubił w mych włosach i trwa

alejka nadziei pochylone drzewa
kłaniają się nisko głaskane przez wiatr
a ja idąc z tobą poddaję się chwili
i trzymam twą rękę i trzymam ten dar

dar twojej miłości ciepło z rąk przepływa
i wnika w mą skórę i czuję jak drżysz
a wokół szelest co niczym melodia
zatapia nas w magii co wypełnia dni

idziemy poprzez myśli i swoje pragnienia
a pod nogami, mamy z liści tęczy świat
zatapiamy się słońcu patrzymy w marzenia
odmierzając chwilę którą dał nam czas

krok tak pewny choć serce nieśmiałe
gest jakże swobodny choć drga w nim twój lęk
mieszany z nadzieją i wielką miłością
o której mi powiesz patrząc w oczy me

W tej chwili co myślą przebiegła w twym sercu
zatrzymałam oddech, zatrzymałam czas
uniesione liście mieniące się tęczą
porwał gdzieś szybko zaskoczony wiatr

i cisza zapadła umilkł też śpiew ptaków
nie rozległ się w ogóle ani jeden dźwięk
uniosłeś ten błękit tuż nad moją głową
i patrząc nim na mnie rzekłeś. Kocham cię

Mojemu mężowi 2010 rok, wrzesień

Jesień życia w księdze Miłości.

A kiedy dotkniesz dłoni mej drżącej
pomyśl, że wszystko jeszcze przed nami
Noce i dni lata i zimy
mimo iż jesień bawi się z nami

Złotem i brązem otuli Ziemię
a potem wpłynie gwałtownym wiatrem
i ściągnie na nas szare obłoki
które pokryją nam skronie blaskiem

Księżyc zagubi się w moich włosach
pyl gwiezdny siądzie na mojej skroni
a potem twoją ozdobi wieniec,
co laurem czasu rzeźbi na dłoni

Subtelny dotyk pogodne lico
i szczęście skryte w czerni źrenicy
bo oto jesteś i ja wciąż jestem
mimo iż jesień wkrada się w życie

lecz my niepomni jej skrytej mocy
razem pójdziemy pośród listowia
i niczym dzieci pełne ufności
spiszemy księgę naszą od nowa…

Wrocław 2009 rok

Upadek

Kiedy gaśnie to co płomieniem było
popiół rozrzuca wiatr
a z marzeń zostaje tyle
co złapiesz dziś w swoją garść

i ściśniesz mocno od serca
bo nie chcesz utracić nic
z tego co było poezją
a teraz kropelką łzy

zostaniesz przy zgliszczach-samotna
choć wokół wciąż będzie tłum
każdy zapragnie pozostać
i patrzeć na koniec twój

a ty wciąż patrząc na popiół
co wczoraj opoką stał
zechcesz mieć tylko spokój
i siądziesz gdzie dom twój trwał

oparł się burzom nocy
deszczem spływał za dnia
w spiekocie słońca umierał
lecz nie zniszczalny wciąż trwał

więc co go zniszczyło? zapytam
odpowiedź szybko mi dasz
zabiła go obojętność
którą rzucono mu w twarz.

Wrocław 2004r.

Nie lubię

Nie lubię kawy nocą
a herbaty nie lubię w dzień
Nie lubię wyznań czarownych
i kłamstwa co rodzi się.

Nie lubię za dużo cukru
wole goryczy smak
bo wtedy wiem, co prawdziwe
co prawdą się staje dnia.

Nie lubię tego: Dzień dobry”
A za plecami: „Patrz.
Znów idzie samotna, spłakania,
I ciągle sama, od lat”

Nie lubię, gdy ktoś mi radzi
uczy, jak kochać, jak żyć.
Wolę spojrzeć do lustra
i zliczyć płynące łzy.

Nie lubię…

NIECH MÓWIĄ

Mówią, że nie pasuję,
że jestem z innej epoki,
gdzie damy w suknie się stroją,
panowie zaś noszą fraki.

Gdzieś między Mniszkówną
a pięknem słowa Elizy
drzemią samotnie me wiersze,
pod kurzem, na pułkach z wikliny.

Niech mówią, że nie pasuję.
Niech drwią z tego, co piszę,
ja tylko odpowiem, jedno.
Sercem, do serc, piszę.

Wrocław 2010 r.

MOJA WRAŻLIWOŚCI

Moja wrażliwości, dokąd teraz zmierzasz?
Do cienia.
A czego tam szukasz?
Twojego sumienia.

Czy ono tam będzie, schowane przed światem?
Tego jeszcze nie wiem, lecz zaraz zobaczę.
A o co zapytasz, gdy ją w końcu dojrzysz?
Czy ma jeszcze siłę w oczy sobie spojrzeć.

Czy może przeżarta jest grzechem i butą,
czy też ma gdzieś w oku słoną łzę ukrytą?
A spytasz ją może, czy do mnie powróci?
Nie wiem, czy usłyszy, prawda ją zasmuci.

To jak mam teraz żyć na tym padole,
gdzie nie ma sumienia? Umrzeć chyba wolę.
A jak chcesz zakończyć ten swój żywot marny?
Gdy nie masz sumienia, widok ten jest straszny.

Trzeba najpierw serce i duszę mieć wolną,
by wplątać się w tęczę miłości powolną.
Nie można zbyt szybko, nie można uparcie.
Trzeba mieć swą godność i duszę na warcie.

Niech ona pilnuje wszystkich twych uczynków.
Niech ona nie pozna uroków spoczynku.
Wciąż czujna i prawa, gotowa, by wspierać,
kiedy twoją głowę szaleństwo pożera.

Wrażliwości moja, wrażliwości piękna,
kiedy będę wolna od tego przekleństwa
co wypełnia zmysły, a rani mą duszę,
kiedy będę wolna, to same katusze?

Poszukaj sumienia, poszukaj go w cieniu,
a ja go pokażę ludzkiemu spojrzeniu.
I oddam w twoje ręce całe moje serce.
Oddam tobie wszystko, przyjdź do mnie czym prędzej.

2010 r.
Z cyklu „Lustro”

A CZAS NICZYM RZEKA PŁYNIE…

Czas niczym liście, bezszelestnie minął
i z drzewa wspomnienia beztrosko popłynął.
Niby tyle lat i tyle wiosen zgubionych na wietrze,
i chciałoby się powiedzieć…Zostań z nami jeszcze…

Piękno utulone myślą i pamięcią,
obraz zatrzymany pod błękitną wstęgą,
zatrzymany w dłoniach ciężko spracowanych,
zatrzymany w sercu zawsze tak oddanym.

Czy minęły bezpowrotnie wspólne nasze lata?
Czy tylko na zdjęciach zatrzymana data?
Nie tylko…bo w sercach tych, co dziś, co wtedy…
droga przez wzruszenie kręta jest niekiedy.

Pamięć jest jak kielich, serce niczym księga,
kiedy mocno tęskni, otwarta łez wstęga,
wtedy można ująć w słów wzruszeń tę magię,
która nas przepełnia i wzrusza za razem…

I tak mijały nam wszystkim: dni, tygodnie, lata.
Piękne wiosny, mroźne zimy i upalne lata,
aż po dzień dzisiejszy, aż po września słońce,
które swoim blaskiem upaja radośnie.

Lecz nadszedł niestety czas rozstań, pożegnań.
Dziś też utulimy łzy cichym westchnieniem
i spojrzymy w przeszłość, będzie ukojeniem…
…Na zawsze i zawsze w pamięci zostanie,

Pani wielkie serce i Pani oddanie…
z dedykacją dla H.K.

SENTENCJE

„Myśl bywa szlachetną, ale to słowo jest jej wykładnikiem”

„Uśmiech zatrzymany w kadrze jest okruchem wspomnienia”

„Wszystkie dni-tyle dni- to i tak mało, by móc zliczyć wspomnienia”

” Pamięć jest jak kielich, więc upajajmy się nią.”

” Twarze, uśmiechy spojrzenia to to, co zamknięte we wspomnieniach”

” Pośród przyjaciół liczy się tylko to, co jest w sercu”

„Okoliczności to znamiona czasu, w których upływają dni”

” Darem serca nie tylko miłość, przyjaźń, ale i oddanie sprawie”

” Dni, które mijają, nie giną bezpowrotnie, bo pamięć ich matką”

” Przyjaźń jest, jak dojrzałe grono…Owoc jego, to empatia”

” W oddaniu można się zagubić, ale w przyjaźni trzeba umieć wskazać drogę”
„Jesteśmy tym, co pozostawiamy po sobie… Piękne wspomnienia, przyjaźń i ogrom sympatii”

” Na drogach życia pełno tajemnych ścieżek, dobrze mieć wówczas u boku przyjaciela”

” Zdjęcie zatrzymuje obraz a serce wspomnienie”

Chwila

Uśmiechasz się
unosisz dłoń
ręka szybuje
w takt słów

„Wrócę i kocham”

Znikasz
mgła
nic nie widzę
twój obraz się rozmywa …

wraz z kolejną łzą

Pożegnanie.

Wrocław 06.10.2013
Z cyklu „Maski”

Dom – widok z okna.

Za oknem słońce głaszcze
brudne dachy domów
Zagubiony gołąb siada na parapecie
Spogląda na mnie – on tam ja tu
dzieli nas nie tylko szyba
między nami istnieje przepaść…
Ja się nie wzbiję

Szklane niebo przytłacza
Smuga dymu płynie
po chwili rozrywa ją wiatr
Gołąb smagany podmuchem
chowa się w szczelinie murów
Zimno
mróz kolejna chłosta

Białe szpilki rozrzucone na czerni i czerwieni
dachów…
Przestrzeń pełna brązowo złotych liści
stary dąb traci koronę
a kasztan zardzewiał

Słońce wygrywa walkę z chmurami
unosi się nad dachami
Przez otwarte okno
wpływa z wiatrem śpiew ptaków

Gołąb odleciał wzbił się
tylko ja wciąż tkwię w miejscu
wpatrzona w horyzont
Tam czerwień miesza się czernią
dachy domów kapelusze murów
Zamknięta przestrzeń
w której uwieziony jest człowiek
i ja…
Dom.

Wrocław. 06.10.2013
Z cyklu ” Widzę”

KROPLA ŻYCIA

Przynieś mi w dłoniach kroplę rosy
przynieś mi promień słońca
utul w ramionach każdą chwilę
w której byłam bez ciebie…
do końca

Otul me słowa uśmiechem
szeptem słów wypełnij ciszę
otwórz okna na oścież
niech wiatr wypełni tę niszę

Pustka…
Wżera się w oddech odbiera nadzieję
tyle słów zamarło między twoim a moim;- Nie wiem

Przynieś mi w dłoniach kroplę rosy
otul mnie kocem z kwiatów
a potem zapal jeden mały płomień
i pozwól mi wrócić…

zza światów …

Wrocław 10-10-13 Z cyklu „W pożegnaniu gorzka łza”

„Niedostrzegalny”

Cisza. Cisza jak ta, za oknem.
Wiatr. Ucichł. Zmęczył się tułaczką.
Cały Świat jego domem.
Bezdomny piechur po parkach, ulicach, skwerach.
Niechciany i przeklinany.

Znów czyjeś łzy oczyszczają oczy.
Piasek jest wszędzie.
Zgrzyta między zębami.
Kolejny podmuch podrywa rdzawe liście,
kołysze nimi, unosi i unosi,
coraz wyżej i wyżej.

Podążam za nimi.
Moje oko śledzi każdy ruch,
niewidoczny, nienamacalny.
Jednak istnieje.
Kolejny obraz wyłania się z szarówki
umierającego dnia…

Anonim, kroczy ulicą.
Dumny, wyprostowany.
Do czasu.
Wiatr z furią wpada na niego.

Zderzenie potęg?
Człowiek i wiatr.
Remis, oboje upadają.

Chodnik oddaje cios.
Anonim leży.
Nie podbiegam. Niech leży.
Wstanie sam.
A może nie?

Reakcja zbyt wolna.
Oko znów łzawi…
Kolejny kamyk w oku, niezauważony
wwierca mi się w źrenice…

A może to źdźbło?
Co za różnica.
I tak boli…

Wrocław 10-10-13 Z cyklu ” Belka i Źdźbło”
z Biblii (Mat. 7:3–5)

DOM

Noc za oknem koc zarzuca
koc utkany z gwiazd miliona
gdzie srebrzysta twarz księżyca
nocy czerni nie pokona

A ja siedzę i spoglądam
dom mym ciepłem i zapachem
a na dworze wiatr hulaka
liście rdzawe wciąż zamiata

i unosi je ku czerni
ku przestworzom niemierzalnym
dając wolność i swobodę
tworząc obraz nierealny

Rozpływają się na wietrze
czerń po chwili je pochłania
a w mym domu świtało świeci
nikt nikogo nie pogania

Dom mym ciepłem i zapachem
i nie smaga go słów chłosta
cisza spokój i nadzieja
to jest droga bardzo prosta

do miłości i do wiary
choćbym w mroku ciągle tkwiła
odnajduję swe pragnienia…
choć się noc przez dzień przewija

Wrocław 10-10-13 Z cyklu ” Słowa klucze- dom”

Bądź przy mnie zawsze…

Weno, co jesteś mi przyjaciółką.
Echem z mej duszy i myśli.
Nie mniej mi za złe, gdy czasem płaczę.
Otul mnie wówczas i wyśnij…

Wyśnij wraz ze mną moje marzenia.
Emocji moich bądź lustrem.
Nie pozwól zbłądzić mi w mych pragnieniach.
A potem stań się słów bóstwem.

Wiele zawdzięczam ci przyjaciółko.
Erraty słów i mych czynów.
Nierzadko musisz stawiać im veto.
Ypsilon bytu, ulotność rymów..

jestem dla siebie antycząsteczką
anty pragnieniem trwania
to ty ma weno nadajesz sensu
mego rannego wstawania…

Wrocław 1978 rok.

Z cyklu „Jej wiersze w moim lustrze” -”Mała Julia”

Wiersze te są moją interpretacją, powiedzmy swoistą wariacją, wierszy Martyny Dudy.

Uwierz, bo ja wierzę.
Uwierz w mą wiarę
Bo ja tak wierzę
Uwierz i w słowa…

Uwierz- Bo ja wierzę
Zaufaj nadziei
Bo ja mam nadzieję
Zaufaj marzeniom

A Świat niech się śmieje
Uszanuj mą miłość
I zostań w mym niebie
które dziś stworzyłam
dla ciebie i siebie

Pokochaj mnie całą
naucz się na pamięć
tego co oddaję
by nie zostać…samą

Tobie! więc oddaję
wszystkie swe pragnienia
bo tylko ty możesz
spełnić me marzenia.

JEJ WIERSZE W MOIM LUSTRZE…

Jesteś?

jesteś mi początkiem i końcem
życiem oddechem i miłością moją
bądź mi nadzieją na nowy początek
i złudzeniem na rychły jej koniec…
końcem bezdechu i śmiercią bądź moją
bądź mi też końcem mojego cierpienia
a ja odpowiem na twoje szeptanie
co ciszę dziś pustka rozdziera
bo jesteś mi wszystkim co pragnę posiadać
bez ciebie łzy drogi me znaczą
bądź mi wskazówką jak odejść by wrócić
jak spleść w warkocze to światło

KOLEJNY WIERSZ MARTYN D

po mojej lekkiej przeróbce…:} Jak i pozostałe…

Życzę ci

nadziei na lepszy początek
i sił na kolejny jej koniec
życzę ci kochanie Miłości
dokładnie takiej jak mojej…

stuprocentowej

życzę ci Szczęścia pod inną postacią
Szczęścia Stuprocentowego
niech inni zobaczą jak może zaboleć
upadek i smutny jej koniec…

Martyna D. przeróbka – moja

Wiersze te napisane są w roku 2008, poprawki i własna interpretacja wierszy Martyny D. za Jej zgodą uczynione były rok później.

LEPSZY CZŁOWIEK

Jestem, motylem co igra ze słońcem
Jestem, kolibrem frunącym pod wiatr
Jestem tym wszystkim co burzę przepełnia.
Gromem, piorunem i nocą za dnia

Jestem, tym wszystkim od czego uciekam.
Jestem, tym wszystkim co ukryć też chcę
Jestem tym wszystkim co jest za daleko
bym mogła uwierzyć że lepszy jest dzień

Jestem tym wszystkim i nie ma mnie wcale
Jestem człowiekiem co zbyt, słabym jest.
Jestem tym wszystkim co we mnie umiera
kiedy mam spojrzeć co w mej duszy jest

Nie mam już siły i nie mam też wiary
I nie wiem gdzie skryła się pani mych dni.
I nie wiem gdzie miłość co serce wypełnia
I nie wiem gdzie nadzieja co sensem ma być

Umiera powoli każde me pragnienie
zabija je chaos zabija je krzyk
I nie mam gdzie uciec i nie mam kryjówki
bym mogła ocalić to co prawdą chwil…

Oj życie życie tyś władcą okrutnym
Jednemu dajesz wszystko a innym nie dasz nic
Tyś panią miłości i panią nadziei
Tyś panią i wiary…w zamian nie dasz nic

Lecz ci nie pozwolę zabrać mego piękna
co z takim uporem w mojej duszy tkwi
co z takim namaszczeniem hołubię od dziecka
że lepszy jest człowiek niż pragniesz by był…

Wrocław 2011 rok

ZAMIERZ MARZEŃ?

Gonisz czy idziesz…
w kierunku słońca
co ci nadzieją wzrasta bez końca
na horyzoncie marzeń nadziei
ono to słońce planów nie zmieni

wpatrzony w piękno kroku przyspieszasz
ulotność chwili na ciebie czeka
nic nie jest stałe
nic nie trwa wiecznie
zmierzch już nadchodzi…

i to jest pewne…
.
.
.
.
w obliczu prawdy faktów bolesnych
że życie ludzkie w ramach się mieści
że narzucony scenariusz życia
więzi nas gnębi i nie zachwyca

Złudne nadzieje i złudne plany
my jako Naród dawno poddany
tworzymy fikcję snujemy plany
wierząc ufając że nie przegramy

Wrocław 19-03-14 godz 14.14

Mrok kontra….życie…

Kiedy mrok opada czerni woalem
kiedy ciemność niczym podła kochanka otula ramieniem
wtedy możesz uczynić tylko jedno…
Zapalić światło…
w swojej duszy
umyśle
życiu…
A jeśli się nie uda
rozpal w sercu nadzieję.
Wrocław 2013 rok

„Okradziona”

Tak smutek wnika i mnie przepełnia
jak złodziej skrada me myśli
moje bogactwo na nogach ucieka
tego co marzeń nie wyśnił

Jego twarz smutna łup był za mały
i nic wielkiego nie zyskał?
spojrzałam w lustro łza odpłynęła
bo złodziej z mej duszy ją wyssał…

W oddali kruki i wrony pokraczne
w oddali moje marzenia
wołam i czekam a echo milczy
głuche serc nieme westchnienia

okradziona z marzeń i serca nadziei
pokonana przez ludzką głupotę
podstępem skradziono i wiarę w CZŁOWIEKA
i nie wiem jak żyć, i co potem?

pokonana przez zazdrość rozumu prostotę
usiłuję wybaczyć zapomnieć
lecz jak to uczynić gdy znika nadzieja
kto zdoła mi miłość przypomnieć?

kłębią się w głowie słowa jadowe
te zasłyszane te co fałszu pełne
te co podstępem wsączył w moją duszę
bo moje były zbyt piękne…

Jak odzyskać to co skradzione?
wiarę nadzieję i miłość
jak odtruć duszę i jak ją uleczyć?
skoro otacza mnie – nicość.

13.05- 1987 rok.

WIOSNO

Wiosno, co rodzisz się w kropli rosy
w diamencie natury daru
rozwiń swe skrzydła nad Ziemią
i obsyp nas kwieciem czaru

Gdy źdźbła traw tkane
z miliarda tęczowych kryształów
ty wiosno nasza królowo
zatańcz w błękicie ruczaju

Niech muska toń wody twój oddech
a w takt podgrywa zefirek
niech ptaki się wzbiją ku niebu
i zbudzą ze snu barw motyle

Poszybuj po nieba bezkresie
otul swym ciepłym ramieniem
każdą istotę na Ziemi
i każde jej ciche westchnienie

Ach Wiosno…

Wrocław 2013 rok.

ZAPOMNIENIE

Samotność bywa mi darem
lecz bywa że i przekleństwem
jestem czasem tak bliska
a czasem rozrywa mi serce…

pustka…

A gdyby tak falę przytulić
lub z mewą się unieść w błękit
a wiatr oswoić i zmusić
by przywiał mi kolor tęczy…

Słońce zatopi się w wodzie
drzewa otuli wiatr
a co ukryje mój smutek
gdy ten w oceanie łez trwa?

Szum delikatny dopływa
zagłusza i moje słowa
a co zagłuszy me myśli
tak pełne goryczy i obaw?

Wrocław 2001 rok

NIEWIDOCZNY

Są sny co w otchłań wciągają
I dni co sennie mijają
Są myśli splątane wspomnieniem
I wspomnienia więzione milczeniem

Są ludzie co serca szukają
I ludzie co serca nie mają
Są chwile tak pełne cierpienia
Że tracisz pragnienie istnienia

Są słowa co nigdy nie zabrzmią
I myśli więzione rozumem
Są emocje co skrywasz przed Światem
bo po prostu … inaczej nie umiesz…

Są marzenia co wznoszą na szczyty
I szczyty co są zbyt odległe
Są pragnienia skrywane latami
I lata co bólu są pełne

Są?

Wszystko co pełne goryczy
Wybuchnie gdy braknie ci wiary
Unieś więc myśl swą nad chmury
i powiedz…wszystko to mary

Potrafię pokochać życie
Potrafię pokochać swe sny
Potrafię zbudować marzenia
i szczęściem wypełnić dni

Nie Świat jest okrutny i niszczy
Nie ludzie rzucają mi kłody
to ja nie byłem jak dotąd
na trudne wyzwania gotowy

Są sny co pełne westchnienia
I dni co pełne uśmiechu…

Są ludzie…

I ja…

Wrocław 20013 rok

BEZDUSZNOŚĆ

Odradzasz się każdego dnia,
wędrując za słońca promieniem,
by u schyłku wtulić myśli w poduszkę,
chowając się za czarną peleryną nocy.

A pod powiekami tworzysz obraz,
będzie on doskonały….
Kłamstwo jest kłamstwem
nawet wtedy, gdy nazywasz je marzeniem.

Nieprawdziwe słowa, emocje,
wszystko to konfabulacją,
a wystarczy nie marzyć…
Po prostu być sobą.

Zmieścić się w ramach,
które narzuca los,
a może ty sam…
Nie wiem.

Marzenia niszczą, podcinają skrzydła.
Droga niespełnienia bywa ciernista,
upadek nadziei jeszcze bardziej boli.
Może marzenie nazwę celem?

A wtedy… naostrz pragnienie…
Niech zabije bezduszność życia.

2010 r. Z cyklu „Słowa klucze”

W pożegnaniu

W pożegnaniu, gorzka łza
W cieniu zasłon, noc się skrywa
a za drzwiami stoi sen
i do marzeń, rwie, porywa.

Tam, jest słowo, tam jest gest.
Tam, mi serca nikt nie rani.
Tam, się mogę czuć bezpieczna
bo tu wszystko, słowem gani.

Więc, żegnajcie, noc mnie wzywa.
Idę w mój baśniowy świat.
Tylko wiersze jeszcze schowam,
by nie zniszczył ich zły czas.

A w ogniwie, splotu zdarzeń,
moich pragnień, moich snów,
będę z Wami sercem zawsze,
będę, gdy zaświeci nów.

Napisany 24. Listopad, 2010 roku. Wrocław

Autor: Marta Grzebuła

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

NOWOŚĆ zapraszam


Powieść WESTCHNIENIE AMANDY

Moi Kochani w przyszłym rok, mam taka nadzieję, ukaże się powieść zatytułowana WESTCHNIENIE AMANDY. Dziś pragnę pokazać Wam egzemplarze, nazwijmy je autorskie jakie odebrałam dziś z poczty. Każdego zainteresowanego proszę o kontakt. Wówczas jestem w stanie sprostać oczekiwaniu i powieść trafi w ręce chętnej osoby. Bliższe informacje udzielę mailowo. martagrzebula@o2.pl ZAPRASZAM. A teraz o czym jest ta powieść?

Słowo od autorki

Drogi Czytelniku, oddaję w Twoje ręce następną powieść. Poznasz tu losy przyjaciół, poznasz ich wzajemne relacje. I dowiesz się, czy w chwili, kiedy los wystawi ich przyjaźń na ciężką próbę, wyjdą z niej zwycięsko. Znane jest stare porzekadło: „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”…
Żyjąc już na tym świecie jakiś czas, czasem mam wrażenie, że zadeklarowani przyjaciele okazują się często najsłabszym ogniwem naszego życia, a ci, o których ma się lub miało niezbyt dobre zdanie, stają się w trudnych chwilach prawdziwą opoką wobec dramatów, smutków czy problemów…
Tak więc w mojej powieści stawiam pytanie: jak moi bohaterowie odnajdą się wobec problemów dotykających główne postacie? Opowiem tu o intrydze, zdradzie, upokorzeniu i o miłości. Czy moi bohaterowie stawią czoła problemom? Czy to, co się wydarzy w ich życiu, umocni ich przyjaźń, czy wręcz przeciwnie? Co wygra, miłość czy nienawiść? W tej powieści poznacie też i małych bohaterów, dzieci, i zobaczycie, jak one odnajdują się w tym dość mocno skomplikowanym i zawiłym świecie ludzi dorosłych. Zacznijcie czytać, a sami się o tym przekonacie. Bo nie wszystko jest zawsze oczywiste… Ani w życiu, ani w książkach.

Marta Grzebuła-Jarzębina

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized