FRAGMENT najnowszej powieści- SZACHOWNICA ŚMIERCI- zapraszam do czytania


Marta Grzebuła Szachownica śmierci-fragmenty

PROLOGkilka lat wcześniej…

Budynek na rogu ulic nie wyglądał zachęcająco. Kraty w oknach. Brama pod nadzorem elektronicznym.  Monitoring z każdej strony. A do tego dwóch wartowników  przemierzających co godzinę plac i przyległy  do budynku teren. W jednym z zakratowanych okien  na pierwszym piętrze stał mężczyzna. W jego spojrzeniu
można było dostrzec nienawiść.

– Podłe, zgniłe u podstaw miasto – wyszeptał.

Para z jego lekko wysuszonych ust osadziła się na  szkle. Tam, tworząc obraz ulotnej mgły, pozostawała parę sekund.– Gdybym miał moc, siłę zniszczyłbym je.

Mężczyzna pochylony ku oknu wciąż szeptał, dając upust swojej pogardzie w każdym kolejnym słowie.

– Spaliłbym je aż po ostatnią grudę ziemi. Teraz nie wiem, jak, ale znajdę sposób…– Z kim rozmawiasz? – usłyszał za sobą głos.

Odwrócił się, spojrzał na stojącego w blasku światła człowieka i odparł beznamiętnie.– Z nikim. To tajemnica – odpowiedź niespójna i nie do końca logiczna padła już w innym tonie. Zabrzmiała łagodnie.

Pielęgniarz nie dał się zwieść. Czujnie i powoli podszedł do mężczyzny i w podobnym tonie dodał.

– Rozumiem. Może kiedyś zechcesz podzielić się ze mną tajemnicą, ale teraz połóż się, proszę.
Pokój, a raczej sala chorych była pełna łagodnego  światła, padającego z korytarza szpitala psychiatrycznego. Mężczyzna niechętnie wykonał polecenie pielęgniarza.
Położył się, a gdy ten pochylił się nad nim,  aby niczym dziecko okryć go kocem, ten poderwał się i raptownie chwycił opiekuna za gardło. Uścisk trwał i odbierał siły pielęgniarzowi. Ostatkiem przytomności umysłu, nacisnął alarm, ukryty w kieszeni fartucha. Po paru sekundach do pokoju wbiegli dwaj inni pielęgniarze.
I znów nastał spokój. Pacjent, obezwładniony zastrzykiem, zasnął, lecz nie na długo.Gdy głęboka, czarna noc okryła grubym kocem miasto on znów stał przy oknie… Dostrzegł to, co dla innych było niewidoczne…Już wiedział, jak ma się uwolnić z rąk ludzi, którzy, deklarując pomoc, odebrali mu to, co dla niego było najważniejsze, wolność. Czekał świtu, ale póki co trwał mrok. Taki sam, jaki panował od lat w jego duszy i umyśle. On miał swój świat. W nim był panem
życia i śmierci. A za oknem na dobre rozciągnęła się czerń nocy… Aż nastał świt…

– Szukajcie go! – Głos, niczym dzwon, wypełnił długi szpitalny korytarz. – Nie mógł ot tak zniknąć – wciąż grzmiał. Mówiący te słowa mężczyzna zajrzał do kolejnej z sal. Nic, pustka, tu go też nie było.

– Jak i kiedy uciekł? – Ten sam człowiek, mówiąc to, podążał za przerażonymi pielęgniarzami. Wszyscy wiedzieli, do czego był zdolny ich podopieczny, ale fakt pozostawał faktem, zniknął. Nie wiedzieli, jak udało mu się wydostać na zewnątrz. Co niektórzy liczyli jeszcze na to, iż skrył się gdzieś w ciemnych, podziemnych korytarzach starego szpitala. Zeszli tam dwójkami. A ów pielęgniarz, który był u niego wieczorem dopiero teraz zorientował się, iż zaginęła jego karta – klucz.
„Musiał ją ukraść w chwili, gdy mnie dusił”, pomyślał. Miał rację. Poczuł balast winy.
Mimo to szybko powiadomił lekarza dyżurnego.Zapanował chaos…***

W mrocznej mgle, pośród migoczących świateł ulicy, snuje się cień. Pochylony, pragnący zniknąć, rozpłynąć się wraz z szarą mgłą. Jednak wędruje poprzez kolejne ulice i zaułki owego miasta. Nieopodal stoi mężczyzna, słania się. Jego ciało poddaje się podmuchom
wiatru. Kołysze się w nadany przez niego takt. Przód, tył, przód i znów tył, po czym zmiana
rytmu. Silny podmuch popycha owego człowieka na bok. Upada, jego głowa z impetem uderza o bruk.
Krew płynie miękko, jedwabiście czerwono. Wsiąka w szczeliny kostki brukowej. Mężczyzna nie rusza się, nie usiłuje się podnieść. Jego oczy wpatrzone w pulsujące
światło latarni ulicznej wydają się być obojętne na ten widok. Stają się po ułamku sekund,mętne, jedynie źrenice rozszerzają się, aby po chwili wyglądać, jak dwa odłamki węgla. Ich czerń rozmywa się pośród bieli gałki ocznej. Lecz i ją samą po kilku podmuchach coraz silniejszego wiatru, przecina linia czerwieni kresek. Powieki nieruchome, nie opadają na przekrwione oczy. Rzęsy oparte o krzaczaste brwi porusza
lekki podmuch czyjegoś oddechu. To samo dzieje się z grzywką mężczyzny, lecz nią zabawia się wiatr.
A on sam wciąż leży pokonany przez ogarniającą jego umysł pustkę. Ciało nieruchome, dłonie spoczywające wzdłuż niego pozostają również w bezruchu. W jednej z nich, w zaciśniętej pieści spoczywa butelka. Alkohol wypływa na chodnik. Miesza się wraz ze spływającą z głowy człowieka krwią i znika w wąskich, niczym włos szczelinach kostki brukowej, aby potem rozmyć się i rozpłynąć w grubych, niczym sznur szczelinach.
Cień wędrujący za owym mężczyzną zamarł w bezruchu, jedynie wiatr porusza jego szatą. Płynie ona po ścianie budynku wraz z ową czarno szarą mgłą i powoli, złowrogo, spływa na ciało mężczyzny. Zakrywa go, ale nie osłania. Pochłania jego ciało. Staje się ono po ułamkach sekundy wiotkie, w pewnej chwili targnięte nieznaną i wrogą siłą wpada w niewytłumaczalną wibrację. Głowa mężczyzny uderza ze zdwojoną siłą o chodnik, ciało w konwulsjach wije się jak wąż. A przecież leżał bez życia. A teraz… Teraz zdominował go cień, przysiadł na jego piersi. Ręką, którą można porównać jedynie do połamanych gałęzi,
chude palce, niekształtne nazbyt długie otwierają usta konającego. Cień pochyla się nad nimi. Przysysa się, a po paru sekundach nieco odsuwa. Wtedy z bladych ust, za śnionych, wypływa biała, niczym welon panny młodej mgiełka. Wije się po jego brodzie potem niżej,
po piersi i tuż nad linią serca zamiera w bezruchu. Wówczas ów złowrogo wyglądający cień, swoją niekształtną dłonią unosi ją ku swoim niewidocznym ustom, a tam przy ostatnim tchnieniu konającego, owe westchnienie duszy mężczyzny, znika w otchłani
ust cienia. Ciałem wstrząsa pojedyncze drżenie. Głowa bezwiednie osuwa się na bok. Z ręki wypada butelka, toczy się ku ścianie budynku, tam gubi się pośród porozrzucanych odpadków. Śmiecie wchłaniają ją i ukrywają przed okiem następnego człowieka, który
właśnie wyłonił się zza zakrętu. Przerażony widokiem martwego mężczyzny podbiega, kuca, usiłuje go dobudzić. Sądzi, że on po prostu zasnął. Przybliża swoją twarz do blado sinej twarzy leżącego. Dopiero wówczas dostrzega to, co stało się nieuchronne. Mimo
to wciąż porusza ramionami nieszczęśnika.

– Wstań, człowieku! – krzyczy. – Rusz się! – Wciąż mimo wszystko wierzy w cud. – Jest zimno! – dodaje po chwili.

Na daremnie. Na próżno. Nie widzi, jak za jego plecami wędruje cień. Już nie jest zgarbiony, niepewny, ale wyprostowany i rośnie. Pnie się po czerwono-czarnej cegle, po murze, wprost ku spadzistemu dachowi.
Tam jakby przykuca. Spogląda w dół, gdzie następna ofiara usiłuje wezwać pomoc dla tego, którego on już posiadł. Cień unosi się, wstaje i nagle z łopotem niewidocznych
skrzydeł z rozpostartą czernią mglistej szaty błyskawicznie opada na dół. Opada niczym sęp na ofiarę. Potem równie gwałtownie wzbija się w czerń nieba i tam znika. Wchłania go mrok, lecz ku ciałom pełznie, niczym wąż, tuż przy ziemi, inny równie złowrogi cień, jego sylwetka po chwili staje się wyraźna.
A zarys powstaje na budynku. Rośnie, aby po paru sekundach przybrać kształt człowieka. I on pochyla się nad ofiarami.

A noc pokryła wdowim welonem tę ulicę. To miasto, gdzie pośród rozbłysków świateł ulic mkną samochody, gdzie pośród pulsującego blaskiem lamp ulicznych toczy się nocne życie miasta. Miasta, które za jakiś czas otrzyma inną nazwę, brzmiącą złowrogo i kojarzącą się jedynie z niewyjaśnionymi zagadkami śmierci…
Ale póki co, następna ofiara kona w zaułku, jednej z setek ulic miasta, kilkudziesięciu tysięcy dusz. Kilku dziesięciu tysięcy potencjalnych ofiar, miasta umarłych.
Na szachownicy życia za dnia, i śmierci po nocy, ta ostatnia wykonała ruch. To była jej odpowiedź. Bo ktoś kiedyś wykonał pierwszy ruch.

Tymczasem nastał dzień. Cień rozpłynął się wraz z szarą mgłą w jaskrawym blasku promieni słońca.

ROZDZIAŁ I

Pakt

Miasto zatopione w pierwszych promieniach słońca wyglądało jakby otuliła je złoto-srebrna peleryna. Karl stał w oknie. Popijał kawę i usiłował nieco się zrelaksować, choćby tym widokiem. Poprawił jedną ręką włosy. Grzywka opadła na czoło, i spłynęła wprost do oczu. A te nadal spoglądały na dachy domów i hen tam dalej na wijącą się na granicy
miasta rzekę. A za nią już była tylko nieokiełzana przestrzeń.

– Cześć. Przy 108 znaleziono tydzień temu, dwa ciała. – Młody człowiek ubrany w ciemny garnitur stanął w drzwiach jego gabinetu. Agent odwrócił się od okna, spuścił roletę i bez słowa wyszedł ze znacznie młodszym od siebie kolegą.

– Jakie są pierwsze ustalenia? Koroner zbadał ciała? – spytał, gdy wsiadali do windy.

– Niewiele wiemy. Ciała są u nas. Przywieźli je rano. Nie zawracano bym nam głowy, gdyby nie dziwny fakt. – Winda stanęła. Przed nimi był korytarz, ciągnął się wzdłuż szeregu drzwi gabinetów biura FBI.

– Gdyby nie fakt – kontynuował młody człowiek – iż w żadnym z ciał nie ma prawie krwi. A jedną z ofiar jest nasz agent z Departamentu Obrony, niejaki Lee Brek. Ciała wyglądają jak zmumifikowane. Zwłoki Lee zostały do tego wszystkiego jeszcze zmasakrowane – agent mówiąc to pchnął szklane drzwi. Te bezgłośnie ustąpiły. Miasto wciąż tonęło w blasku słońca. A oni skierowali się do podziemnego parkingu. Tam, gdzie stał rząd wozów agentów FBI. Szli do jednego z nich.

– Policja udostępniła nam wszystko. Porucznik z wydziału zabójstw Greg Kolen ma dla nas najnowsze informacje. – Karl wsiadł do samochodu. Agent towarzyszący mu usiadł za kierownicą. Wyjeżdżali, serpentyna zjazdu skierowała ich na drugą stronę budynku agencji. Ulica, niczym wezbrana rzeka, przelewała się kolorową wstęgą pojazdów. Włączyli
się do ruchu.

– Co jeszcze wiemy? Są świadkowie? – dopiero teraz odezwał się Karl. Czuł się zmęczony. Od zamknięcia ostatniej sprawy minęło dopiero kilka godzin. Planował w końcu wrócić do domu. Ale gdy zadzwonił szef z informacją, że wysyła do niego Marka wiedział, że tylko na marzeniu skończy się jego plan. Spojrzał na kolegę. Ten skoncentrowany
na prowadzeniu wozu, dopiero po chwili odparł.

– Świadków nie ma. I nic ponad to, co już powiedziałem, nie wiemy. Podjedziemy teraz do
naszego łącznika Grega i sądzę, że dowiemy się więcej. W ogóle to dziwna sprawa – wtrącił od siebie. – Bladym świtem, siedem dni temu wpływa zgłoszenie o dwóch
ciałach. Policja na miejscu znajduje zmumifikowane zwłoki, z obciętymi głowami. Dokumentują wszystko to, co uznają za ważne… Po czym śledztwo utyka w martwym punkcie, do czasu zidentyfikowania naszego agenta. Rozumiem, że nie mieli dostępu do
jego akt, dopiero gdy puścili jego fotkę w lokalnej TV wyszło na jaw, że zaginął. Była żona Krysti go rozpoznała, zgłosiła się od razu. Zidentyfikowała jego zwłoki a raczej to, co z nich zostało. Tożsamość potwierdziły badania DNA i zdjęcia uzębienia. Mimo to utknęli, dopóki Departament nie sprawdził wszystkiego i nie odtajnił jego danych. Błędne koło…Cholerna biurokracja – powiedział „Młody” jak go nazywano w agencji.

– Ale mieli przecież drugą ofiarę? – Karl wyczekująco spojrzał na kolegę. Ten tylko kiwnął
głową i odparł.

– Nie wiem dlaczego nie podjęli działań śledczych? Przecież w końcu udało im się zidentyfikować ofiary. W każdym bądź razie jedną z nich… Co prawda dzięki telefonowi komórkowemu, facet nie miał dokumentów, nie miał po prostu nic. Uważam, że skoro więc mieli dane jednej ofiary, to mogli ruszyć z miejsca… Prawda? – Mark błądził w domysłach.
Zadał pytanie nie czekając tak naprawdę na odpowiedź.

*****************************

Rezydencja rodziny Brockich znajdowała się na pograniczu miasta tuż za łukiem okalającej je rzeki. Otoczona lasem z jednej, a linią brzegową rzeki z drugiej strony, nie była łatwo dostępna. Zresztą mówiąc dosadnie, nikt, kto cenił sobie spokój nie pragnął kontaktu z członkami tej rodziny. Żyli w odizolowaniu i byli odizolowani. Wszystko na własne życzenie. Syn Olafa, Jerry wraz z żoną i dwójką małych chłopców zamieszkał w rodzinnej rezydencji dopiero po śmierci „ojca dziwaka”, jak sam miał zwyczaj mawiać o ojcu. Matka zaś była osobą na tyle spokojną i oddaną mężowi, że jego z nią relacje można było określić mianem „poprawnych” Jednak ku olbrzymiemu zaskoczeniu syna była pierwszą osobą, która w pół roku  po śmierci Olafa wyjechała z tej, jak sama określiła: „złotej klatki”. Jej wyjazd początkowo dziwił nie tylko syna, czy synową, ale zaprzyjaźnionego od lat z rodziną prawnika, jedynego doradcy finansowego niejakiego Alana Tanera. Ten bez mała siedemdziesięcioletni człowiek wypełnił skrupulatnie wolę zmarłego, co do ostatniego słowa w testamencie, po czym udał się na zasłużoną emeryturę przekazując piecze nad
majątkiem rodziny swojemu zięciowi. Równie, co on biegłemu prawnikowi z dużym doświadczeniem. Natomiast Jerry powrócił oficjalnie po latach wędrówek i poszukiwań do rodzinnego zamku, i to dopiero na tydzień przed śmiercią ojca. …..

************************************
Gdy zmarł, zapłakał. Tygodniami chodził po pokojach, czy po olbrzymim ogrodzie i rozmawiał z ojcem, zadając mu bezustannie tylko jedno pytanie: „Czy było warto?” On sam sadził, że nie. Pasja ojca oddalała go od bliskich. Nawet pojawienie się wnuków
niewiele zmieniło w ich relacjach. Stąd ta jego ciągła wędrówka z rodziną. Jerry poszukiwał swojego miejsca na ziemi…
*******
Jerry był sam w olbrzymim pustym domu. Domu? Trudno nazwać 15 pokoi, 6 łazienek i trzy piętra, tylko w jednym skrzydle, nie licząc długiego, serpentynowego korytarza, „domem”. Pomieszczenia te znajdowały się tylko w jednej części, części południowo zachodniej,
skrzydła zamku, ale Jerry nazywał go mimo wszystko „domem”, nie potrafił inaczej. To był jego dom. Tu się urodził, wychował a czasem i bał. Bał się ojca dziwactw. Tego, że zamykał się w podziemiach, w odosobnieniu, w ogromnej sali, gdzie w rzędach od dołu ku sufitowi widniały tysiące książek, jak głosiła wieść. Wszystkie książki, lub prawie wszystkie, dotyczyły śmierci. Tylko tyle wiedział. Często siedział na krętych schodach, w ciemnym korytarzu, stromo prowadzącym do owej „komnaty spotkań” ojca z aniołem śmierci… I nasłuchiwał. Jak wtedy, gdy nastał upalny dzień lipca… Był piękny poranek, wesoły w swoich rozrzucanych po ogrodzie, basenie i pobliskim lesie promieniach. On miał dwanaście lat. Stał na schodach, lecz nie tych prowadzących w podziemia. Właśnie wstał, obudziło go radosne szczekanie psa. Wiernego towarzysza zabaw. Maks szczekał gotowy
do psot a on uradowany, wybiegł ze swojego pokoju. Miał właśnie poprosić Leonię, ich służącą, o jakiś chłodny napój, gdy w salonie ojciec, nie po raz pierwszy zresztą, kłócił się z mamą. Schował się za filar. Nie pozostało mu nic innego, jak wrócić do swojego pokoju,
ale nie uczynił tego. Został i słuchał. To wtedy dowiedział się, czego dotyczą dziwactwa ojca. I wtedy zrozumiał słowa mamy, która niemal krzyczała:– „Twoja obsesja niszczy naszą rodzinę! Masz syna!. Pamiętasz jeszcze o tym?!… Już jednego straciliśmy a ty… Ty wciąż brniesz w te szaleństwa i wciągasz nasze dziecko… syna… One już zabiły duszę pierwszego… proszę cię, zaprzestań tych praktyk!”.Głos jego matki niemal rozdzierał powietrze. Te i wiele innych, podobnych słów tego dnia padło pomiędzy rodzicami, a potem, na lata, obyło się bez krzyków. Jerry miał wrażenie już wówczas, że mama poddała się. Zrozumiała ona i zrozumiał on, że dla ojca liczy się tylko jego bóg, ów anioł śmierci „Black Angel of Death” To Czarny Anioł stał się jego panem,
zarówno za dnia, jak i nocy. Olaf był jego sługą. Jerry mocno wierzył w to, że ojciec w owej komnacie, sali spotyka się ze swoim bogiem. Że te odgłosy, które niejednokrotnie docierały do niego, siedzącego skulonego na schodach, były rozmową ojca z aniołem śmierci. Dziś, po niemal dwudziestu kilku latach, miał się przekonać czy wówczas sądził słusznie. List,
który otrzymał od prawnika, w dniu odczytywania testamentu był dwukrotnie zapieczętowany. Mógł go dopiero otworzyć podczas pełni. Dziś był ten dzień. Świadomie wysłał żonę i synów, nie tylko na zakupy, ale i zasugerował, aby odwiedziła swoich rodziców.
Ta, chętnie na to przystała. W krótkiej rozmowie telefonicznej, pół godziny temu, potwierdziła, że już dotarła do ich posiadłości. Miał, więc dwa dni na poznanie
prawdy. Bał się.

Siedział znów na tych samych schodach. Przed nim, kilka stopni dalej, były ogromne stalowe drzwi. Z wielką klamką w kształcie czarnej róży. Jej stalowe płatki skierowane były ku górze. Jerry wstał, szedł wolno, wciąż trzymając w ręce list. Nie zdobył się na odwagę, aby go otworzyć. Wiedział, że musi, ale nie był teraz na to gotowy. Obrazy z dzieciństwa, ów nękający go wówczas strach, zdominowały jego odwagę.
Czuł się przez niego pokonany. Stanął na ostatnim stopniu. Znów przysiadł. Słabe światła migotały. Korytarz tonął w chaosie rozbłysków. Mimo to zdecydował się, jednym ruchem przełamał pierwszą pieczęć. Zaraz potem drugą. Jego oczy, przyzwyczajone do tego światła, zaczęły brnąć po rządach liter, słów, które przyprawiały go o gęsią skórkę. Poczuł zimny, wręcz lodowaty chłód na plecach. Kark spływał kolejnymi kroplami potu, lecz wbrew pozorom było mu zimno, coraz zimniej. Mroziły go słowa i fakty. Lecz nie mógł przestać czytać. To było przerażająco fascynujące.

***

Jerry brnął poprzez mrok słów ojca. Jego notatki dołączone do listu były równie przerażające.

„Synu… – czytał. Nie „kochany” czy choćby „drogi” a jedynie „synu”. Jerry poczuł ukłucie w okolicy serca. Zabolało go to suche, konkretne stwierdzenie taty. Westchnął i ponownie zanurzył się w rząd liter.

„Synu. Zostawiam ci to, co było dla mnie najcenniejsze. Pozostałeś mi już tylko ty… Uszanuj moją wolę. A, gdy już postanowisz wejść do komnaty, musisz ukłuć się w palec. Opuść na płatki stalowej róży trzy krople krwi. Wówczas ta się otworzy. Po czym, gdy kielich kwiatu się rozchyli, obróć nim w prawo i lekko pchnij drzwi. Wystarczy. Otworzą się od razu. Na moim biurku znajdziesz następne instrukcje. Jeśli jednak nie
zechcesz podążać moimi śladami, nie wchodź tam. Wróć do swojego świata, lecz musisz wiedzieć jedno, że stracisz okazję do poznania niewiarygodnych rzeczy.
Odwrócisz się plecami od świata pełnego doznań i niewiarygodnych sytuacji. Twój wybór. Latami ja i mój ojciec dochodziliśmy do tego, co tobie ujawni się od razu. Ale to dzięki mnie, mojej wytrwałości, upartości, dane ci będzie poznać to, co dla innych pozostaje tylko w sferze domniemań. Anioł Śmierci jest moim przyjacielem. Szanuj go tak jak ja to czyniłem a wówczas on uszanuje ciebie. I pamiętaj. Teraz jest kolej na jego ruch. Ojciec.”

Nic więcej. Żadnego „kocham cię” czy cokolwiek innego, równie czułego, ukazującego Olafa emocje do syna. Jerry miał wyjątkowo smutny wyraz twarzy. Mimo wszystko liczył na to, że w końcu dane mu będzie, choć raz przeczytać słowa „Kocham cię, synu”.
Słowa, których nigdy nie usłyszał. Poczuł jak po policzku spływa łza. Znów, w tej jednej minucie, był małym chłopcem czekającym na czuły gest, słowo, od swojego ojca. Nic z tego. Olaf nie umiał, bądź też nie chciał, nigdy okazać mu miłości ojcowskiej. Jemu nie… Jerreg dziwiło i to, że nie wspomniał nawet słowem o kimś innym, równie ważnym w ich życiu. Odruchowo położył palec na usta. Jakby tym gestem zapragnął nakazać myślom, milczenie. Olaf niczego nie ujawnił w tym liście. Tajemnica wciąż była ich sekretem. Sekretem rodziny Brockich.

Mężczyzna, jeszcze parę minut, siedział na stopniach schodów, prowadzących do tajemnej komnaty ojca. Nie wiedział czy ma przekroczyć ów próg, czy ma nakłuć palec i opuścić trzy krople krwi. Był ciekaw tego, co tak naprawdę znajduje się za stalowymi drzwiami, ale jednocześnie czuł się rozgoryczony. Wciąż oczekiwał na odrobinę ciepła od ojca. I znów
na ułamki sekund stał się małym obrażonym chłopcem, który nic nie chce od tego, który nie potrafił nigdy powiedzieć mu „kocham cię, synu”. Odłożył list
na stopień, popatrzył na serdeczny palec i szepnął.

– Czy to jest warte, choćby tylko trzech kropel mojej krwi? Czy on jest tego wart? – nie wiedział, lecz ciekawość wygrała. Odrzucił urazę, niechęć do ojca i wyjął z koperty srebrną igłę. Na jej szczycie widniał wizerunek czaszki. Wstał, podszedł, do tej nietypowej,
klamki. Zbliżył swój palec do róży i zakuł się igłą. Trzy krople, jedna po drugiej spłynęły na stalowe płatki. A te w ułamku sekundy rozchyliły się by po chwili zamknąć.
Jerry usłyszał jak uwalniają się z głuchym trzaskiem blokady… Jedna… Druga… Trzecia. Uchwycił stalową różę i pchnął drzwi. Te, lekko niczym piórko, ustąpiły. A jego oczom ukazał się niewiarygodny widok. Książki, książki i jeszcze raz książki. Wypełniały każdą ścianę. Regały sięgające sufitu a na nim wielki rozłożysty żyrandol w kształcie skrzydeł. Na każdym ze srebrnych piór paliła się świeca…Nie było kontaktu. Świece, w niewiadomy dla niego sposób, zapłonęły same. Pośrodku olbrzymiej komnaty stało drewniane, duże biurko, jego narożniki zdobiły również skrzydła a fotel, ciężki skórzany był jedyną nieprzyozdobioną tym ornamentem rzeczą w tej sali. Wszystko inne miało ten element w swojej ozdobie. Regały, żyrandol, sporej wielkości kufer stojący obok bezkształtnej lampki nocnej a nawet dywan, olbrzymich rozmiarów, posiadało ów element, skrzydła…
Komnata sprawiała wrażenie, jakby zaraz każda rzecz w niej się znajdująca, miała odfrunąć. Jerry stał i przez moment, nie do końca pojmując drzemiące w jego ojcu pragnienie urządzenia tego pokoju w taki a nie inny sposób, wydawał się być osłupiałym.
Z czasem poznał tego powody, lecz póki co nadal stał oszołomiony tym widokiem. Świece, czarno-złote, paliły się wyjątkowo jasnym światłem. Cienie, jakie powstawały na ścianach za sprawą płomieni wyglądały równie niepokojąco, co tajemniczo. Tworzyły się
obrazy wielkich ptaków wzbijających się do lotu. Jerry przechylił z zaciekawieniem głowę, usiłował rozpoznać owe pulsująco fruwające po komnacie ptaki…

„Kruki?”, pomyślał… „Nie” – sam od razu zaprzeczył.

Nie wiedział. Powoli, dość niepewnie zbliżał się do stojącego w centralnym punkcie pokoju biurka. Odsunął fotel, ten choć sprawiał wrażenie ciężkiego, topornego, niemal odpłynął od mebla. Mężczyzna popatrzył nań zdziwiony. Zastanawiał się czy usiąść. Poczuł lęk. Zaczynał, zwyczajnie się bać. Komnata ta, w takim samym stopniu go przerażała, co fascynowała, lecz najbardziej odczuł tę pierwszą z emocji, gdy dostrzegł na biurku czarno złotą, niewielką skrzynkę. Jej zamknięciem znów była róża, lecz ta była ze złota. Ułamki sekund zastanawiał się czy ona również będzie wymagać jego kropel krwi. Spojrzał na blat biurka. A na nim oprócz owej skrzyneczki leżało pióro… Obok kałamarz. Jerry ze zdziwieniem pokręcił głową. Pióro było takie jak za bardzo, bardzo dawnych czasów, gęsie, jak sądził. Kałamarz był pełen czerni atramentu a obok niego po obu jego stronach, stały
czaszki. Przyjrzał się im z niedowierzaniem. Były to prawdziwe ludzkie czaszki a ich czerep był ze złota.
Były jakby skrytkami. Ostrożnie i z lekką odrazą zbliżył do jednej z nich swoją rękę. Dotknął. Poczuł chód, uchwycił zloty łańcuszek i wolno, najostrożniej jak mógł zaczął unosić pokrywę czaszki ku górze.
Pochylił się, znieruchomiał. Nie wiedział, na co patrzy. Czerwień pulsującego płynu rozlewała się po wewnętrznej części sklepienia czaszki. Zamknął ją. Jego umysł wypełniło obrzydzenie. Wyrazem tego był skrzywiony wyraz twarzy. Miał złe skojarzenia.
„To krew?”, pomyślał. Nie wiedział. Podobnie uczynił z drugą. Ta ku jemu zaskoczeniu była wypełniona przezroczystą substancją. „Woda?” – spytał sam siebie w myślach. Lecz i tego nie wiedział. Wyprostował się. Raz jeszcze się rozejrzał. Spojrzał ponownie na kufer.
Zrezygnował z jego otwarcia. Sam był zdziwiony, lecz czuł, że póki co nie powinien go otwierać. Czuł dziwny niepokój, gdy spoglądał w jego kierunku…

****

– Jakie jeszcze niespodzianki kryje w sobie ta komnata? – Jego słowa rozeszły się echem po sali.
Nie było odpowiedzi. Raz jeszcze spojrzał na biurko. Pod kałamarzem dostrzegł wystający skrawek papieru. „List?” – pomyślał. Sięgnął po niego. Wokół panowała złowroga cisza. Za to w kącie, pośród drgających płomieni, rozchodzących się łuną po regałach pełnych książek, Jerry usłyszał delikatny szelest. Miał wrażenie, że coś lub ktoś tam stoi. Wytężył wzrok. Odłożył list. Rozejrzał się. Nie dostrzegł niczego, mimo to spytał.

– Kto tam jest?

Nic. Cisza, a po ułamkach, pełnych i dziwnego ogarniającego lęku, jaki wtargnął w jego umysł, usłyszał czyjś szept.

– Jam jest ten, który jest, jak mawiał ojciec. Imię me Azrea… Imię me Asmus. Imię me Malej – kat i Addar. Jam ten, co panem dusz. Oddzielam je od ciała. A wszystko to na rozkaz pana mego. Mam cztery twarze, cztery tysiące skrzydeł. A ciało me składa się z oczu i języków, których ilość równa się liczbie ludzi żyjących na ziemi. Widzę wszystkich i każdego potrafię odnaleźć, gdy zajdzie potrzeba. Jestem ten, który jest. Ty zaś jest synem
 tego, co mi sługą był i przyjacielem. Imię twe Jerry a zwą cię „Luminous”.

Mężczyzna znieruchomiał. Nie widział a słyszał. Nie wierzył a musiał uwierzyć. Zaschło mu w gardle. Przełknięcie śliny było jak usiłowanie muśnięcia językiem kaktusa. Czuł ból. Słyszał jak bije mu serce. Waliło tak, że mógł policzyć każde jego uderzenie. Ciało nieposłuszne jego woli, zdominowane strachem zaczęło drżeć. Oparł ręce o biurko. Nie był w stanie wykonać ruchu… Zdał sobie, bowiem sprawę z faktu, iż słyszy głos Anioła Śmierci.
……

Image
Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s