ZAPRASZAM WAS do czytania. Opowiadanie pod tytułem „OSTATNIA, OSTATNI”


Droga Mleczna w gwiazdozbiorze Strzelca nigdy przedtem nie świeciła tak jasno. Było w tym coś złowróżbnego. Pas sięgający na północy gwiazdozbioru Kasjopei, ze swoimi gwiazdami układającymi się w kształt litery „W”, eksplodował. Nastąpił wybuch supernowej. Zaobserwowane zjawisko było nietypowe, poruszyło świat nauki. Setki, tysiące oczu spoglądało w kierunku Drogi Mlecznej, usiłując zrozumieć, tymczasem łuna potężnego światła pędziła ku Ziemi, mgławica niczym tęczowa kula pokonywała przestrzeń.
Ale Ziemię otaczał mrok. Nie tylko ten wynikający z braku światła…

***

Niebo wyglądało jak czarna kurtyna w teatrze. Rozsuwane tajemniczą mocą, uwalniało jasne światło. Jeden promień oderwany z tego blasku sunął ku Ziemi. Tuż nad nią zaczął rozpraszać się na miliony iskier, które po chwili gasły. Pochłaniał je mrok nocy, lecz one istniały, przeobrażały się w szare cienie albo zmieniając kształt stawały się pulsującą materią.
Nad miasto nadciągała mgła. Pojawiła się po kilkunastu sekundach nad rzędem kolorowych kamieniczek. Rynek wypełniały światła ulicznych lamp. Grupa młodych ludzi właśnie wchodziła do jednego z tutejszych pubów. Impreza zapowiadała się fajnie – i taka była w pierwszych godzinach, zanim…

– Trzymaj ją! – Bartek nie krył oburzenia. Spotkanie niespodziewanie dobiegało końca, pośród krzyków i ogólnego zdenerwowania, bo Anka jak zwykle musiała udowodnić wszystkim swoją wyższość.

– Niech cię szlag trafi, Anka! Czy ty zawsze musisz rozwalić każdą imprezę? – Tym razem to Ewelina pałała chęcią przyłożenia koleżance.

– Odczep się ! – odparła długonoga dziewczyna, typowa laska z okładki, jak mawiał o niej Bartek, Miała piękne długie blond włosy.

– Nie musiał mnie nazywać „głupią blondynką”! – wykrzyczała niemal w twarz drobnej czarnowłosej Ewelinie.
Ta odsunęła się od Anki. Po chwili kolejno udawali się do wyjścia. Ochroniarz był dość konkretny i ewidentnie zły. Wychodzili.
Damian z Michałem wsiedli do czarnego Opla. Odjechali. Pozostali szli pieszo do pobliskiej kawiarenki „Pod Motylem”.
Anka szła odizolowana, z tyłu. Nikt się do niej nie odwrócił i nie odezwał.
Noc rzuciła na miasto nieprzejrzysty koc czerni. Księżyc oraz gwiazdy były przytłoczone tym mrokiem. Młodzi ludzie nawet tego nie zauważyli. Z ożywieniem rozmawiając o wydarzeniach w pubie przechodzili przez ulicę.

– Jak jeszcze raz dacie jej namiary na nasze spotkanie, to wam łby poukręcam – całkiem poważnie zagroził Bartek.

– Teraz ty się czepiasz? – Ewelina wyglądała na wściekłą i rozżaloną. – Ustaliliśmy zasadę, Anki nie informujemy, ale Michał musiał coś chlapnąć. Nadal mu na niej zależy.

– Nie wierzę w to. Po tym, jak go zdradziła, poprzysiągł zemstę.

– Banialuki gadasz, Bartek. Na klęczkach zjawiłby się przed nią, gdyby tylko kiwnęła placem – nie ustępowała Ewelina.

Reszta, ani Konrad z Hanką, ani Patryk z Danką, nie zabierała głosu. Też byli wściekli, ale nie mieli ochoty na podkręcanie spirali wrogości. Pamiętali czasy, kiedy uważali Anię nie tylko za piękną, mądrą, ale i bardzo ciepłą. Wszystko zmieniło się, gdy dostała mała rólkę w filmie. Uznała, że ma talent i ogromne szanse w przyszłości na większą, poważną rolę. Początkowo jej wierzyli, przestali, kiedy nic się wokół niej nie działo. Tylko oddany i zakochany Michał wierzył dalej w jej sukces.
Do czasu, gdy nie nakrył Anki w łóżku z jakimś filmowcem. Okazało się zresztą, że taki z tamtego filmowiec, jak z Michała ksiądz. Ale dziewczyna pozostawała głucha na wszelkie argumenty.

– Ewik, a ty co sadzisz o Ance? – Bartek spojrzał na swoją dziewczynę. Szła tuż obok, nieco zamyślona. Nie do końca zgadzała się z ich emocjami. Bardziej interesowało ją niebo. Było takie inne.

– Myślę, że Anka jest cholernie nieszczęśliwą osobą – westchnęła. – Te jej fantazje doprowadzają ją do jakiejś psychozy, a do tego jest nieobliczalna. To źle wróży… – Urwała, spojrzała na Bartka. Ten, patrząc na jej błyszczące w świetle ulicznych lamp włosy, pokiwał głową.
Nikt już nie miał ochoty na dalszą rozmowę.

* * *
Anna szła, klucząc uliczkami. Usiłowała się uspokoić i trafić do domu. Alkohol nadal szumiał w głowie. Miała żal do rzekomych przyjaciół, którzy jak zwykle ją wyśmiali.
Z rozmyślań wyrwał ją wreszcie lekko zachrypnięty głos:

– Czy pani wie, jak trafić na Wiśniową?

Przed nią stał wysoki, barczysty mężczyzna. Odrzuciła włosy, uniosła ku górze głowę i nieco wyniosłym tonem odparła:

– Nie wiem, gdzie jest taka ulica. A zresztą zamów pan sobie taksówkę – dodała niezbyt grzecznie. Zatoczyła się.

– Jak ładna, tak głupia, a do tego chamska – szepnął pod nosem mężczyzna, patrząc na nią zdziwiony. Wzruszył ramionami, odwrócił się.

– Co powiedziałeś!?

– Odczep się, głupia kobieto. Idź się lecz! – rzucił, zmierzając w swoją stronę.

Rozwścieczona Anka, pamiętając wydarzenia z pubu, podbiegła bliżej i z furią uderzyła mężczyznę w tył głowy.
Odwrócił się i odruchowo machnął ręką. Jego cios okazał się skuteczny. Upadła. A on syknął przez zęby:

– Uważaj na siebie! – zabrzmiał jeszcze głos oddalającego się mężczyzny. A za nim tuż pod jego stopami snuł się cień. Nie był to jednak zarys sylwetki człowieka.
Usiadła. Kręciło się jej w głowie, nie mogła wstać. Podczołgała się pod mur, który dał jej oparcie.
Po chwili wstała i chwiejnym krokiem ruszyła dalej. Na jej twarzy nie pojawiła się ani jedna łza. Pałała nienawiścią, ale nie mogła mówić. Poczuła słodycz w ustach, to była krew. Splunęła.
Jej blok znajdował się po drugiej stronie ulicy. Kilkanaście metrów od pubu. Odetchnęła z ulgą na samą myśl, że zaraz doprowadzi się do ładu.

A tymczasem jej znajomi podążali w kierunku kawiarni. Byli oddaleni od niej o kilkaset metrów, Jej sylwetka ledwo oświetlona blaskiem ulicznych pamp ginęła w mroku. Zaczęła iść w poprzek ulicy.
Weszła do bramy przelotowej. Kamienica była zamknięta w kwadracie budynków, gdzieś pomiędzy wspomnieniem dawnego piękna a niepamięcią dzisiejszych zarządców. Był to rejon cieszący się złą opinią i sławą. Anna się jednak nie bała, w końcu mieszkała tu od urodzenia. Z dumnie uniesioną głową weszła w mrok. Wchodząc, ponownie dotknęła twarzy. Z kącików ust broczyła krew. Zaklęła.
Brama była ogarnięta mrokiem, a ona wściekła, wciąż czując się poniżona, nie zwracała na nic uwagi. Nie przerażała jej ciemność. Żadne światło, choćby to z ulicy, nie rzuciło łagodnej łuny blasku. Szła dość wolno, wciąż zdenerwowana. Na ustach zamierały kolejne przekleństwa.
Nagle z mroku wyłonił się dziwny cień, nie przypominający człowieka. Coś podobnego do czarnego dymu pełzło w jej kierunku. Stanęła zdziwiona, nagle ogarnęło ją przerażenie. Spojrzała na nogi – i właśnie wtedy poczuła przeszywający ból. Krzyknęła. Cień zaciskał się coraz bardziej, a ona nadaremnie usiłowała się uwolnić. Traciła równowagę. Stała sparaliżowana, aż wreszcie po kilku sekundach upadła.
Głuchy łomot odbił się echem od ścian bramy. Anka, leżąc, przeraźliwie krzyczała, w takim samym stopniu z przerażenia, co bólu. Coś wysysało z niej krew, kąsało, to znów drapało. Krew niczym aureola otoczyła jej ciało.
A jej głos, pełen przerażenia, porwał wiatr i szybując pomiędzy budynkami rozniósł echem po okolicy, lecz z każdą sekundą stawał się coraz słabszy.

– Ktoś krzyczał? – Ewelina zatrzymała się w drzwiach kawiarni. Nasłuchiwała. – To Anka? –spytała.

– Pewno chce zwrócić na siebie uwagę – Bartek był nieprzejednany. – Nich ją szlag, nie dam się znowu sprowokować.

Miał serdecznie dość pretensjonalnego zachowania Anki. Zamknął dokładnie drzwi kawiarni. Potrzebował ułamka sekundy, aby spojrzeć z pogardą w kierunku, z którego dochodził stłumiony i niezrozumiały głos. Wzruszył ramionami, popatrzył na resztę grupy i spytał głośno:

– Co zamawiamy?

W kawiarni oprócz nich znajdowało się kilka osób. Równie młodych co oni. Samo pomieszczenie, z rzędem okrągłych stolików, z krwisto-kraciastymi obrusami, było przytulne i ciche.

A tymczasem złowróżbnie wyglądający cień otoczył ciało dziewczyny, które wpadło w niewytłumaczalne drżenie. Z ust wydobywała się para, wokół zapanował chłód, przeszywał on miliardami ostrzy noży bezbronne ciało dziewczyny. Konwulsje trwały kilka sekund, oczy stawały się mętne, tak samo jak źrenice, aby wraz z opadającą niczym kurtyna mgłą rozpłynąć się w ich głębi.
Teraz wyglądały jak dwa puste miejsce na mapie – miejsca na mapie życia. Iskra tląca się na dnie źrenicy powoli gasła. A cień płynął po ciele, jakby miał je posiąść. Wpłynął pomiędzy uda ofiary. Tam skumulował się i niczym potężna kula trwał, jednocześnie wibrując. Ciało Anny sztywniało. Cień sunął ku górze, rozpostarł się na jej piersiach. Zaczął wniknąć w głąb martwej już klatki piersiowej. Szeroko otwarte usta zamarły w bezgłosie. Cień wpełzł w ich głąb, przypominał teraz kształtem miecz. Wnikał coraz głębiej. Wokół ciała pojawiły się inne, mniejsze cienie. Zawisły w bezruchu. Po chwili rozeszły się stłumione szepty:

– Przedostatni kwant energii.

Jeden z cieni zsunął się ku zwłokom.

– Został nam tylko „Wybraniec” – jego słowa zawibrowały w przestrzeni. – Czekamy na sygnał. Zwiadowca się za nim udał – padło po chwili.

Mijały minuty. Cienie pełzły po ziemi, nie były już zainteresowane ciałem wyglądającym jak bezkształtna masa tłuszczu i resztek mięśni. Oczodoły trupa świeciły pustką. Wyssane z wnętrza jamy brzusznej jelita wiły się po bruku. Ostatni neuron wysłał impuls. Ręce dziewczyny uniosły się ku sklepieniu bramy. Po chwili zamarły w bezruchu.
A przyczajone cienie czekały na kolejną ofiarę. Nikt jednak nie nadchodził. Po chwili z bramy wypłynęła falująca mgła. Nadszedł sygnał. Zwiadowca połączył się z nimi telepatycznie. Cienie płynęły kolejnymi ulicami miasta.

Krwawe pomarańczowe słońce wschodziło zza linii dachów budynków miasta. Miasta, gdzie w jednej z bram, tuż pod ścianą, leżało skulone ciało młodej dziewczyny. Niebawem zebrał się tłum ludzi. Każdy miał coś do powiedzenia, ale tylko do chwili, gdy pojawił się samochód policyjny.
A po południu nagłówki gazet krzyczały tłustym drukiem:

„OSTATNIA NOC ANNY K.”

***
Droga Mleczna w gwiazdozbiorze Strzelca pulsowała jasnym światłem.                        W obserwatorium astronomicznym grupa naukowców żywo dyskutowała. Wszyscy byli poruszeni. Usiłowali wytłumaczyć wyjątkowe zjawisko. Dwa dni temu ku tej tętniącej barwami kuli z rejonu Europy wzbił się w obłoku mgły świetlisty promień. Przemieszczał się z ogromną prędkością. Wibrował i wciąż zmieniał kierunek. Nagle nastąpiło coś, co wydawało się być niemożliwe. Monitorująca to zjawisko aparatura wskazywała, że przyspieszył. Po minucie zniknął.

***
Trzy cienie otoczone łuną światła, spod której można było dostrzec zarysy sylwetek, płynnym ruchem przemieszczały się w kierunku srebrzysto-złotego dysku.

– „Wybraniec” jest z nami – rozległ się pomruk.

– Jego energia bytu stanowi dla nas nowe źródło.

W szklanej komorze leżało ciało mężczyzny. Pod powiekami drgały gałki oczne. Był sparaliżowany, mógł jedynie myśleć. W głowie przewijały się ostatnie obrazy. Jak w kinie. Jego życie, jego czas. Dziewczyna, którą pytał o drogę. Wściekł się na nią. Poniosło go. Uderzył. Upadała. Nie wiedział, co było dalej. Aż do chwili, gdy biegł machając do taksówkarza. Auto stanęło. To był ostatni kadr, ostatnie ułamki sekund. Potem była tylko ciemność.
Teraz czuł lęk. Mimo to wzbierała w nim potężna siła: instynkt przetrwania. Energia kumulowała się w każdej komórce jego ciała, stawała się nad wyraz potężna. Mimo to…
Nie miał szans.

POZDRAWIAM WAS

Marta Grzebuła

Zbiór opowiadań „Gdy życie nie rozpieszcza” 

Okładka, syn, Michał Rybicki, Marta Grzebuła.

Image

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s